Całą swoją frustrację wyładowywałam na treningach piłki ręcznej. Trener kiwał z zadowoleniem głową. Nazywał to moim wielkim entuzjazmem do gry. Szkoda tylko, że nie wiedział, że to nie jest żaden entuzjazm, ale moja wściekłość i frustracja z życia codziennego. Praca, uczelnia, choroba Juna, tęsknota za rodziną i Europą. Trochę się tego nazbierało, ale pozbywałam się stresu na treningach.
środa, 23 lipca 2014
Sete
Jun mnie zadziwiał. Z wysoko podniesioną głową chodził do lekarza i zaczął terapię. Nie przerwał studiów, a jeszcze bardziej skupił się na nauce. Czego się w sumie spodziewałam? Krzyków, płaczu i użalania się nad sobą z jego strony? Był nieśmiały, ale nigdy się nie użalał. Byłam z niego dumna.
Reszta naszych przyjaciół dowiedziała się o chorobie przedwczoraj. Powiedział im, że ma raka, poprosił, żeby uszanowali jego prywatność, o nic nie pytali ani nie poruszali tego tematu. Chciał czuć ich bliskość i wsparcie, bez pytań o terapię, szpitale i samopoczucie, które by go tylko dobijały.
Jun przechodził przez chemioterapię, Felipe nie skontaktował się ze mną. Byłam głupia. Oczarowana jakimś Brazylijczykiem, który pewnie traktowałby mnie jak zabawkę. Brazylijczycy nie są narodem słynącym z wierności. I może dobrze, że Felipe do mnie nie zadzwonił. Po co mi facet, który się mną pobawi i rzuci w kąt? Tęskniłam za domem. Za tętniącym życiem Portoryko, polską kuchnią, dziadkami i Warszawą. Brakowało mi polskiego języka i kultury naszego kraju.
Całą swoją frustrację wyładowywałam na treningach piłki ręcznej. Trener kiwał z zadowoleniem głową. Nazywał to moim wielkim entuzjazmem do gry. Szkoda tylko, że nie wiedział, że to nie jest żaden entuzjazm, ale moja wściekłość i frustracja z życia codziennego. Praca, uczelnia, choroba Juna, tęsknota za rodziną i Europą. Trochę się tego nazbierało, ale pozbywałam się stresu na treningach.
Całą swoją frustrację wyładowywałam na treningach piłki ręcznej. Trener kiwał z zadowoleniem głową. Nazywał to moim wielkim entuzjazmem do gry. Szkoda tylko, że nie wiedział, że to nie jest żaden entuzjazm, ale moja wściekłość i frustracja z życia codziennego. Praca, uczelnia, choroba Juna, tęsknota za rodziną i Europą. Trochę się tego nazbierało, ale pozbywałam się stresu na treningach.
Dziewczynom również udzielił się mój "entuzjazm" i byłyśmy tak zgrane, że założyłabym się, że potrafiłybyśmy grać nawet z zamkniętymi oczami. Idealnie maskowałyśmy swoje słabości. Podczas meczów stawałam się tak agresywna i skupiona na grze, że sama siebie nie poznawałam. Odczuła to raz na sobie kapitan Tokijskiego Instytutu Technologii, która próbując mnie zablokować, odbiła się ode mnie niczym piłeczka, wybijając sobie przy tym bark. Nigdy nie zapomnę jej wrzasku, grymasu na twarzy i płaczu. Nie lubiłam tej dziewczyny i nie miałam dla niej współczucia i empatii. Rok temu faulowała mnie i próbowała poniżyć Kirę. Jej obsceniczne gesty, przygłupie miny i poniżające spojrzenia pamiętałam już rok temu, gdy grałyśmy o mistrzostwo przeciwko jej uczelni. A teraz, gdy schodziła z boiska z zapłakaną twarzą, ani trochę nie było mi jej szkoda. Karma jest suką. Tak agresywna gra pomagała mi pozbyć się stresu. Nawet czyimś kosztem.
Górowałam w statystykach, byłam oklaskiwana przez studentów - kibiców. Nasza drużyna nagle została najbardziej rozpoznawana w uczelnianej lidze, a na korytarzach każdy się nam kłaniał. Nikt oprócz studentów nie śledził ligi uniwersyteckiej i bogu dzięki, bo bałam się, że presja rzuci mnie w jakąś przepaść.
Raz trafiłam na trzecią stronę tygodniowej gazety Tokio. Tygodnik był darmowy, dostępny w każdym, najmniejszym nawet sklepie. Poziom dziennikarski tych artykułów mnie czasem dobijał i rozśmieszał do łez, ale i tak każdy to czytał.
Moje zdjęcie zdobiło całą stronę i właściwie to przerażało mnie ono. Spocona, wysoka blondynka, z wściekłością na twarzy rzuca piłkę do bramki. Wokół mojej klatki piersiowej wił się biały, długi wąż, a w tle dorysowana była jakaś mistyczna kreatura. Pobiegłam z tym do Juna, aby przetłumaczył mi znaczenie tych rysunków. Po japońsku mówiłam biegle, ale nie znałam się na mitologii azjatyckiej.
Biały wąż był symbolem japońskiej bogini szczęścia, a dorysowana w tle, anonimowa postać, bogiem wojny.
"To mieszanka walki i szczęścia. Jesteś szczęściem, bo dzięki tobie drużyna się odrodziła w lidze uniwersyteckiej, ale jesteś tak agresywna na boisku, że ludzie się czasem ciebie boją". - tak mi to wytłumaczył Jun, zaśmiewając się przy tym z mojej niewiedzy.
Opisano moją drużynę jako "najbardziej zgrana drużyna uniwersytecka w tegorocznej lidze". Byłyśmy faworytami do wygrania mistrzostw i jak głosił ten tygodnik, przegrane drużyny kibicowały właśnie nam.
***
20 kwietnia, Tokio
Egzaminy, egzaminy... Już za miesiąc. Z "moimi chłopakami" wylądowałam w uczelnianej bibliotece, kując do egzaminów. Byłam jedyną kobietą w mojej grupie. Były jeszcze cztery, ale odpadły na pierwszy roku. Byliśmy dość zgraną grupą i czasem uczyliśmy się razem. Na pierwszym roku traktowali mnie trochę z pobłażaniem, bo informatyka na moim uniwersytecie była raczej męskim kierunkiem. Zmienili swoje nastawienie, kiedy pokazałam im na co mnie stać.
Wymruczałam pod nosem kilka polskich przekleństw, zakreślając na kartce obliczenia kolegi. Jak można być tak tępym?
-Jotaro. - warknęłam cicho, kopiąc go w kostkę pod stołem.
Krótkowłosy mężczyzna spojrzał na mnie ze zbitą miną.
-Sprawdziłaś?
-Sprawdziłam. Wszystko źle. - zwinęłam kartkę w kulkę. - Tabliczki mnożenia nie umiesz?
-Umiem.
-8 razy 8?
-64. - warknął na mnie i rzucił mi wściekłe spojrzenie.
-To skąd ci się to 68 wzięło, tępaku?
Zrobiłam zamach i rzuciłam papierową kulką w Jotaro. Trafiłam w głowę.
Napuszył się zabawnie, próbując mi oddać. Zrobiłam unik.
-Wredna. - prychnął pod nosem.
Jotaro był zabawny. Chciał zostać programistą, tak jak ja. Założyliśmy się na pierwszym roku które z nas pierwsze dostanie wymarzoną pracę. Byłam dobra w matematyce, czym on nie mógł się pochwalić. Do dziś nie wiedzieliśmy po co ten facet chce być programistą. Nie znosił matematyki, skomplikowanych obliczeń, przysypiał na zajęciach... Z jednej strony było mi go szkoda, bo od razu widać było, że Jotaro w ogóle nie nadaje się do pracy w I.T; ale nabijałam się z niego niemiłosiernie. Był naszym kozłem ofiarnym. Pomagaliśmy mu w nauce i jakoś to wszystko zdawał. Pojęcia nie mam jak, ale dawał radę. Widać, że jak się człowiek uprze i zmotywuje, to da sobie radę.
Do naszego stolika podeszła pracownica biblioteki.
-Mada-de-lejna. - kobieta wydukała z trudem. - Telefon do ciebie.
Uniosłam zdziwiona brwi.
-Telefon? - spojrzałam na nią zaciekawiona.
-W recepcji. W głównym budynku. To ponoć coś ważnego.
Co?! Wszyscy mają mój numer telefonu. Kto dzwoniłby na uczelnię? Rzuciłam do kolegów krótkie "zaraz wracam" i czując na sobie ich zdziwione spojrzenia, podążyłam za kobietą do głównego budynku na uczelni. Pośpieszała mnie przy tym mało dyskretnie, więc prawie biegłyśmy. Nie mogli przekierować tej rozmowy z recepcji do biblioteki? W bibliotece też był telefon. Nic z tego nie rozumiałam.
W recepcji sekretarka podała mi słuchawkę i uśmiechnęła się pogodnie.
-Halo?
-Magdalena?
-Tak. A z kim rozmawiam?
-Felipe.
Co?! Ten sam Felipe?
-Ten Felipe? - dociekałam się.
-A znasz jakiegoś innego? - zaśmiał się. - Ostatnio rozmawialiśmy w szpitalu, pamiętasz? Chyba mnie nie pamiętasz. Przepraszam.
-Jak mogłabym zapomnieć! - uśmiechnęłam się szeroko.
A jednak zadzwonił! Od razu zrobiło mi się cieplej na sercu. Cały mój stres, agresja i frustracja nagle zniknęły. Czułam się dziwnie spokojna i odprężona.
-No właśnie... - westchnął po drugiej stronie. - Podczas pakowania zapodziałem gdzieś twoją wizytówkę i nie mogłem jej znaleźć. Głupio mi teraz, bo obiecałem, że zadzwonię. Szukałem o tobie informacji w Internecie, ale też nic ciekawego nie znalazłem. Nawet na Facebooku cię nie ma.
-Jestem. Ale nie ma tam mojego pełnego imienia i nazwiska. - przerwałam mu.
On mnie szukał! A myślałam, że mnie olał.
-Dziś gramy mecz w Tokio i u mojego masażysty znalazłem jakąś gazetkę sprzed dwóch tygodni. Przeglądałem ją podczas zabiegu i na trzeciej stronie jest twoje zdjęcie.
-Tak się jakoś złożyło. - wydukałam zażenowana.
On ma własnego masażystę? Widział moje brzydkie zdjęcie na trzeciej stronie.
-Jesteś sławna. - zaśmiał się. - Myślałem, że ta twoja piłka ręczna to tylko hobby, a to jednak wygląda na coś poważnego.
-To tylko hobby. Naprawdę. - machnęłam ręką, prawie strącając przybory z biurka i posłałam sekretarce przepraszające spojrzenie. - Chcę być programistką, a nie sportowcem.
-W takim razie będę trzymał kciuki. Za karierę i za mistrzostwa.
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się szeroko do słuchawki.
-Masz teraz jakieś zajęcia albo wykłady?
Mam dużo nauki do egzaminów, ale dla ciebie rzucę wszystko!
-Nie. Jestem wolna. - skłamałam.
-To świetnie, bo właśnie stoję pod twoją uczelnią! Pod halą sportową.
-To daj mi pięć minut, zaraz tam będę.
-Czekam.
-To do zobaczenia. - odłożyłam słuchawkę, nie dając mu już nic powiedzieć.
Pobiegłam do biblioteki i w pośpiechu spakowałam swoje rzeczy. Przerzuciłam torbę z laptopem na ramię i przeprosiłam chłopaków, mówiąc, że wypadło mi ważne spotkanie.
-Kobieto, uspokój się. - warknął na mnie Jotaro, kiedy niechcący prawie zrzuciłam jego laptopa.
-Przepraszam. - wymruczałam. - Jak ja wyglądam? - rozpuściłam włosy i spojrzałam pytająco na grupkę facetów.
-Tak jak zawsze. - odpowiedzieli chórem, na co przewróciłam oczami.
Pożegnałam się z nimi raz jeszcze i szybkim krokiem opuściłam budynek uczelni. W drodze do hali sportowej, wymijałam duże grupy studentów, a po mojej głowie krążyło setki myśli. Zadzwonił, pamiętał o mnie.
Stanęłam pod halą, próbując znaleźć go w tłumie studentów. Jest! Siedział na ławce, rozmawiając z jakimiś dziewczynami.
Podeszłam do niego wolnym krokiem i natychmiast spotkałam się z jego ciepłym spojrzeniem.
_________________________________________________________________________________
Ta-dam! Ciąg dalszy nastąpi :D.
Przepraszam za opóźnienia, problemy rodzinne.
Nie, nie mam piętnastu lat, jak wam się może wydawać przez ten styl pisania. Piszę jak dziecko w podstawówce. Nie używam na co dzień języka polskiego i ten blog ma mi jako tako pomóc z pisaniu po polsku. Nie zapominam języka, ale czasem walę orty za ortami.
czwartek, 10 lipca 2014
Seis
Jun od jakiegoś czasu źle się czuł,
a ja byłam tak zajęta sobą, że nie zwróciłam na to większej
uwagi. On sam twierdził, że to nic takiego, ale gdy po raz kolejny
zemdlał w mojej obecności, zabrałam go do lekarza.
Siedzieliśmy cały dzień w
przychodni, czekając na naszą kolej. Japońskie przychodnie liczbą
pacjentów przebijały te polskie, ale w Japonii nikt się nigdy nie
wykłócał o miejsce ani nie wpychał do kolejki. Gdy wreszcie
starszy lekarz zawołał do siebie mojego przyjaciela, przysnęłam w
poczekalni.
Obudził mnie biały jak ściana Jun,
który oznajmił drżącym głosem, że musimy jeszcze pójść na
czwarte piętro, do innego lekarza. Złapał mnie mocno za dłoń,
wyszeptał, że się boi i poszliśmy razem do drugiego lekarza.
Gdy dotarliśmy na czwarte piętro,
ujrzałam napis „odział onkologii”. Do gabinetu weszliśmy razem
i spędziliśmy tam dobre dwie godziny.
Spodziewałam się wszystkiego. Wirusa,
zmęczenia, cukrzycy, ale nie raka. Jun ma raka krwi. I nie wiem co
będzie dalej. On na to nie zasługuje. To ja powinnam mieć raka. On
ma przed sobą świetlaną karierę, a ja? Kim ja będę? Typowym,
nic nie wartym informatykiem?
Wyszłam z gabinetu lekarskiego,
pociągając nosem. Jun przeprosił szybko, udając się do toalety.
Wymamrotał jeszcze pod nosem, że mam na niego czekać w kawiarni.
Przetarłam zapłakane oczy i zeszłam piętro niżej, do małej
kawiarni. Była pusta. Przywitałam się szybko z pracownikiem za
ladą i zajęłam stolik przy oknie. Od niechcenia sięgnęłam po
małą kartkę z menu. Po chwili zamówiłam mocną, sypaną kawę.
Pijałam tylko takie. Napisałam na szybko esemesa do Mai, że nie
będzie mnie na treningu. Jun ma raka, a mnie obchodzi jakiś głupi
trening?
„Najważniejsze treningi przed
mistrzostwami, a ty sobie odpuszczasz! Pieprzona egoistko!”
Tak brzmiał esemes
od Mai. Zdenerwowana odłożyłam telefon.
-Jasne, jeszcze ty
się na mnie wyżywaj... - warknęłam do siebie.
Chwyciłam
filiżankę gorącej kawy i oparłam głowę o okno. Jun ma raka. I
co ja teraz zrobię?
***
Ktoś
dotknął mojego ramienia. Spojrzałam na wysokiego mężczyznę,
który przerwał moją gonitwę myśli.
-Deszczowa
dziewczyna. - uśmiechnął się do mnie.
Miał piękny uśmiech. I
mówił po angielsku. Skądś znałam jego głos. Ale zaraz, jak on
mnie nazwał?
-Co,
proszę? - uniosłam brwi.
-Kiedyś
tańczyłaś w deszczu i na mnie wpadłaś. Byłaś pijana, więc
pewnie mnie nie pamiętasz. - zaśmiał się.
Moje
policzki od razu przybrały czerwony kolor.
-Pamiętam.
Nawet jak trochę wypiję, to zawsze wszystko pamiętam. -
powiedziałam zawstydzona. - Jeszcze raz przepraszam, że na ciebie
wpadłam.
-Mogę
się przysiąść? Przepraszam, że tak na ciebie naskakuję, ale
wszystkie stoliki są zajęte.
Rozejrzałam
się po kawiarni. Rzeczywiście była pełna. Tak długo tu
siedziałam?
-Jasne.
Nie ma problemu. - kiwnęłam głową.
Zajął
miejsce naprzeciw mnie, kopiąc mnie zabandażowaną nogę pod
stołem.
-Przepraszam.
- rzucił. - Ale jestem duży i nie wszędzie się mieszczę.
Moje
policzki znowu się zaróżowiły. Boże, o czym ja myślę?
Spojrzałam na niego i wybuchnęłam śmiechem. Był bardzo
zdziwiony, ale widząc moją minę, również się roześmiał.
-Nie
to miałem na myśli. - rozłożył zabawnie ręce.
-Ale
to tak zabrzmiało. - spojrzałam na niego rozbawiona. - To znaczy...
Mnie się tak to skojarzyło. Nie ważne, zapomnij o tym. - machnęłam
ręką.
Nie
dość, że zrobiłam z siebie jakiegoś zboczeńca, to jeszcze
kompletnie się zbłaźniłam. Przetarłam dłońmi oczy i spotkałam
się z jego spojrzeniem. Patrzył na mnie ze współczuciem. Musiałam
naprawdę źle wyglądać. Od dziewiątej rano byliśmy w szpitalu, a
za oknem już robiło się ciemno. Jun zemdlał w mojej kuchni, przy
śniadaniu. Rozespana i bez makijażu, rzuciłam na siebie byle jakie
ciuchy i udaliśmy się do szpitala. Właściwie to wyglądałam jak
siedem nieszczęść.
-Przepraszam, że pytam, ale dobrze się
czujesz? - zapytał cicho, jakby bał się mojej reakcji.
-Nie, nie czuję się dobrze. Mój
przyjaciel ma raka, a moja rodzina jest w Europie. W dodatku jestem
okropną egoistką, bo Jun od dawna źle się czuł, a ja nie
zwróciłam na to uwagi. - powiedziałam szybko. - Po co ja ci to
właściwie mówię, przecież cię to nie obchodzi. - chwyciłam za
filiżankę zimnej kawy i zrobiłam dwa łyki, krzywiąc się.
Była zimna. Odłożyłam ją na stół.
-Możesz ze mną porozmawiać, jeśli
chcesz. Jestem dobrym kompanem do rozmowy. - posłał mi ciepłe
spojrzenie.
-Mam rozmawiać o moim prywatnym życiu
z obcą osobą? Takie rzeczy robi się tylko w filmach.
-Jestem Felipe. - podał mi dłoń.
-Magdalena. - uścisnęłam delikatnie
jego dłoń.
-Widzisz? Już nie jestem obcy. -
uśmiechnął się i niechcący kopnął mnie nogą pod stołem.
-Przepraszam. - odsunął trochę swoje
krzesło, robiąc sobie więcej miejsca. - Te stoliki są takie małe.
-Co z twoją nogą? - próbowałam
zmienić temat.
Nie chciałam rozmawiać o Junie. Nie
miałam w zwyczaju żalić się obcym osobom.
-Zerwany staw skokowy. Jestem
sportowcem. Można powiedzieć, że kontuzje to część mojej pracy.
-Sportowcem? - uśmiechnęłam się pod
nosem. - Nie wyglądasz na sportowca. Ja gram w piłkę ręczną, ale
nie profesjonalnie. Na uczelni.
-Jestem siatkarzem. Naprawdę nie
wyglądam na sportowca?
-Mogę być szczera?
Kiwnął twierdząco głową.
-Wyglądasz na zagubionego turystę
fotografa. Albo jakiegoś blogera. Ewentualnie dziennikarza
podróżniczego. Nie mówisz po japońsku, a gdy zacząłeś ze mną
rozmawiać, dotknąłeś mojego ramienia. Zagadujesz do obcych osób
w kawiarni. Japończycy tego nie robią. Nie jesteś tutaj długo,
prawda?
Oblizał usta i zrobił zamyśloną
minę. Ale chyba go nie obraziłam? Ten mój niewyparzony jęzor!
-Masz rację, nie jestem tutaj długo.
Niecały rok. Dalej przeżywam szok kulturowy i próbuję się tutaj
odnaleźć. Ile tu mieszkasz?
-Prawie dwa lata. Mój szok kulturowy
był zapewne o wiele, wiele mniejszy, od tego, który przeżywasz.
Przyjaciele mojej rodziny byli Japończykami. Wychowałam się z nimi
w Portoryko i od dziecka mówię biegle po japońsku. Może dlatego,
że znam język, mniej rzeczy mnie tutaj dziwi czy szokuje. Ale jak
widzisz, to chyba ja szokuję tutejszych ludzi, bo często robią mi
zdjęcia. - kiwnęłam głową w stronę pracownika kawiarni, który
dyskretnie próbował robić mi zdjęcia swoim telefonem.
-Nie robią ci zdjęć, bo ich
szokujesz. Jesteś po protu piękną kobietą. To dlatego ludzie tak
na ciebie patrzą. Sam nie mogę oderwać od ciebie oczu. -
powiedział miękkim głosem.
Zawsze z pobłażaniem reagowałam na
takie komplementy. Słyszałam je często, ale nigdy nie brałam ich
na serio. W jego ustach jednak brzmiało to bardzo autentycznie,
prawdziwie. Podziękowałam więc z uśmiechem, a Felipe odwzajemnił
gest, uśmiechając się jeszcze szerzej.
-Jesteś z Portoryko? - zapytał mnie
po hiszpańsku ze śmiesznym, miękkim akcentem.
Spojrzałam na niego zachwycona,
słysząc język mojego dzieciństwa. Stare miasto San Juan, zapach
świeżych egzotycznych owoców, tańce na ulicach, upał i
piaszczyste plaże. Boże, ależ ja tęsknię za moim dzieciństwem.
-Nie jestem z Portoryko. Jestem z
Polski. Wychowałam się w Portoryko, ale w wieku dwunastu lat
wróciłam do ojczyzny. W Japonii jestem na studiach. -
odpowiedziałam po hiszpańsku.
Skrzywił się trochę, słysząc mój
akcent. Spodziewałam się tego. Akcent z Portoryko nie brzmiał zbyt
ładnie, nawet dla hiszpańskojęzycznej ludności z różnych stron
świata.*
-Przepraszam. Mówię jeszcze z
kolumbijskim akcentem. - spojrzałam na niego przepraszająco. - Tak
lepiej? - dodałam, przerzucając się na kolumbijski akcent.
-Lepiej. Od razu wyraźniej. -
odpowiedział.
Och, dzięki ci Panie za sąsiadów
Kolumbijczyków, którzy w San Juan mieszkali zaraz obok nas. Jako
dzieciak, podłapałam ich akcent i chwaliłam się tym w szkole.
Nikt nie umiał podrabiać kolumbijskiego akcentu tak autentycznie,
jak ja.
Felipe też miał ciekawy akcent.
Miękki i taki trochę śmieszny.
-Skąd jesteś? - zapytałam go
zaciekawiona. Wyglądał na Latynosa, ale na sto procent nie był z
Ameryki Centralnej.
-Z Brazylii.
To wszystko wyjaśniało. Kiwnęłam
głową ze zrozumieniem.
-A skąd dokładniej?
-Wiesz, właściwie to lepiej
rozmawiało się nam po angielsku. Masz ciężki akcent. -
powiedział, popijać kawę. - Bez obrazy – dodał, mało się nie
dławiąc.
Wybuchnęłam głośnym śmiechem,
opierając się wygodnie na krześle.
-Jesteś zabawny. Lubię cię. -
powiedziałam już po angielsku.
-Jestem z Kurytyby. Jest tam największe
w Brazylii skupisko Polonii. Lubię wasze pierogi.
Rozmowę przerwał nam dźwięk mojego
telefonu. Chwyciłam za białe BlackBerry i spojrzałam na
wyświetlacz. Czwarte nieodebrane połączenie. Jedno od trenera, dwa
od Kiry i jedno od Mai. I jeszcze nieprzeczytana wiadomość od Juna.
Boże, Jun! Zapomniałam o nim. Jestem
naprawdę beznadziejną przyjaciółką.
„Przepraszam, że cię tak zostawiam,
ale muszę się przejść, napić w samotności i zebrać myśli.
Jutro porozmawiamy. Dzięki, że mnie wspierasz”.
Wiadomość od Juna, wysłana kilka
godzin temu. Siedziałam w tej kawiarni cały dzień? Uśmiech
zniknął z mojej twarzy.
-Wszystko w porządku? - Felipe
spojrzał na mnie z troską.
Obcy facet tak się o mnie troszczy?
-Muszę wracać do domu. Miło było
cię poznać. I dzięki, że dotrzymałeś mi towarzystwa. - wstałam
z krzesła. - Przepraszam, ale naprawdę muszę już wracać.
Z kieszeni bluzy wyjęłam klucze do
samochodu i zarzuciłam na ramię torebkę.
-Powodzenia w leczeniu kontuzji. Będę
trzymała kciuki. - uśmiechnęłam się do Felipe.
-Zostawisz mi swój numer telefonu? -
zapytał.
A dlaczego nie? Tutaj obracałam się w
towarzystwie samych Japończyków. Przyda mi się jakaś bratnia
dusza, która również jest obcokrajowcem.
-A obiecasz, że nie będziesz
wydzwaniał o szóstej rano? Jestem strasznym śpiochem. - rzuciłam
w stronę Felipe, który uśmiechnął się szeroko.
-Ja też jestem śpiochem i obiecuję,
że nie będę dzwonił do ciebie o nieludzkich porach.
Z torebki wyjęłam moją wizytówkę i
podałam mu ją obiema rękami.**
Obejrzał ją uważnie.
-Magdalena Wi-nia... Wianiarska. -
udało mu się poprawnie wypowiedzieć moje imię i nazwisko.
Kira do dziś nie potrafi poprawnie
akcentować mojego nazwiska, a jemu udało się za pierwszym razem.
-Jako jedyny potrafisz wymówić moje
nazwisko. Japończykom sprawia to dużo problemów.
-Nie wyglądasz na speca od I.T.. -
uniósł brwi w zdziwieniu. - Myślałem, że jesteś modelką.
Modelką? On chyba zwariował.
-Jeszcze studiuję, ale już pracuję w
dziale I.T.
-A gdzie studiujesz?
-Na Uniwersytecie Tokijskim.
-Wykładają tam po angielsku? -
zapytał.
-A wiesz, że nie wiem? - wzruszyłam
ramionami. - Studiuję po japońsku.
Pokiwał głową z uznaniem. Czułam,
że znowu dam mu się zagadać i jak wrócę do domu, będzie już
bardzo późno.
-Naprawdę muszę już uciekać. Miło
było cię poznać. - podałam mu dłoń, którą uścisnął.
-Ciebie też. Mieszkam w Osace, ale
zadzwonię jak będę jeszcze raz w Tokio.
Posłałam mu uśmiech, pożegnałam
się raz jeszcze i szybkim krokiem opuściłam kawiarnię.
_________________________________________________________________________________
*Miałam na studiach kolegę z Portoryko. Nie mówię po hiszpańsku, ale kolega często mi opowiadał, że jego akcent jest bardzo brzydki :).
**Podobno w Japonii tak się robi.
Jeszcze raz przepraszam za opóźnienie, ale mój mąż był tutaj priorytetem. Wybaczcie.
Nie mam siły poprawiać błędów. Te dziwne odstępy między dialogami same się tutaj pojawiają. Wina bloggera, nie moja.
środa, 9 lipca 2014
Małe opóźnienie
Przepraszam za małe opóźnienie, ale mój mąż wylądował w szpitalu i nie jestem w stanie napisać nowego rozdziału.
Odezwę się za kilka dni.
Odezwę się za kilka dni.
czwartek, 3 lipca 2014
Bełkot autorki 2
Nowy rozdział pojawi się pojutrze. Napisałam dopiero połowę, bo bawiłam się na wakacjach w Polsce, a teraz kończę staż :).
Dopiero wróciłam do Londynu. Samochodem z Polski do Londynu. Jestem bardzo głupia, wiem...
Umieram ze zmęczenia, ale dałam radę :). Widziałam jak policja złapała murzynów, którzy próbowali się dostać do UK, chowając się w jakiejś ciężarówce. Podobno byli z Senegalu.
Mają jakieś czujniki ciepła i dwutlenku węgla, które przykładają do ciężarówek i wiedzą, że ktoś tam w środku jest. Pojęcia nie mam jak to dokładnie działa, ale zszokowało mnie to. Technologia nie przestaje mnie zadziwiać.
Nie pochlebiam takiego łamania prawa, chowania się pod ciężarówkami albo między towarami, ale z drugiej strony jest mi ich żal, bo rozumiem co czują. Moja rodzina dostała azyl w Australii podczas komuny, uciekli z Polski i moi rodzice nadal mieszkają w Australii. I nie dziwię się, że czarni imigranci tak bardzo próbują przedostać się do Europy. W Afryce nie da się żyć. Nie lubię ich kultury, ale rozumiem, że pragną wolności.
I jako, że z gór pochodzę, a Szklarska Poręba to moje rodzinne miasto, apeluję do wszystkich przygłupich turystów.
Góry nie tolerują idiotów i nie wybaczają. Ubierajcie się stosownie. Wiem, że jest lato, ale w górach nadal leży śnieg i wycięty top i klapki to nie jest odpowiedni ubiór do wspinaczki.
Bawiłam się też ze znajomymi w Bukowinie Tatrzańskiej i Zakopanem, gdzie aż przykro się robiło, patrząc na bezmyślnych turystów.
Od znajomych w Polsce usłyszałam, że moja mentalność już w ogóle polską mentalnością nie jest i aż mnie przytkało. Nie wiedziałam jak na to zareagować :(
Góry nie tolerują idiotów i nie wybaczają. Ubierajcie się stosownie. Wiem, że jest lato, ale w górach nadal leży śnieg i wycięty top i klapki to nie jest odpowiedni ubiór do wspinaczki.
Bawiłam się też ze znajomymi w Bukowinie Tatrzańskiej i Zakopanem, gdzie aż przykro się robiło, patrząc na bezmyślnych turystów.
Od znajomych w Polsce usłyszałam, że moja mentalność już w ogóle polską mentalnością nie jest i aż mnie przytkało. Nie wiedziałam jak na to zareagować :(
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)