Waleczne Serca


Kochać to także umieć się rozstać. Umieć pozwolić komuś odejść, nawet jeśli darzy się go wielkim uczuciem. Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu, zaborczości, jest skierowaniem ku drugiej osobie, jest pragnieniem przede wszystkim jej szczęścia, czasem wbrew własnemu.

czwartek, 10 lipca 2014

Seis

Jun od jakiegoś czasu źle się czuł, a ja byłam tak zajęta sobą, że nie zwróciłam na to większej uwagi. On sam twierdził, że to nic takiego, ale gdy po raz kolejny zemdlał w mojej obecności, zabrałam go do lekarza.
Siedzieliśmy cały dzień w przychodni, czekając na naszą kolej. Japońskie przychodnie liczbą pacjentów przebijały te polskie, ale w Japonii nikt się nigdy nie wykłócał o miejsce ani nie wpychał do kolejki. Gdy wreszcie starszy lekarz zawołał do siebie mojego przyjaciela, przysnęłam w poczekalni.

Obudził mnie biały jak ściana Jun, który oznajmił drżącym głosem, że musimy jeszcze pójść na czwarte piętro, do innego lekarza. Złapał mnie mocno za dłoń, wyszeptał, że się boi i poszliśmy razem do drugiego lekarza.
Gdy dotarliśmy na czwarte piętro, ujrzałam napis „odział onkologii”. Do gabinetu weszliśmy razem i spędziliśmy tam dobre dwie godziny.

Spodziewałam się wszystkiego. Wirusa, zmęczenia, cukrzycy, ale nie raka. Jun ma raka krwi. I nie wiem co będzie dalej. On na to nie zasługuje. To ja powinnam mieć raka. On ma przed sobą świetlaną karierę, a ja? Kim ja będę? Typowym, nic nie wartym informatykiem?
Wyszłam z gabinetu lekarskiego, pociągając nosem. Jun przeprosił szybko, udając się do toalety. Wymamrotał jeszcze pod nosem, że mam na niego czekać w kawiarni. Przetarłam zapłakane oczy i zeszłam piętro niżej, do małej kawiarni. Była pusta. Przywitałam się szybko z pracownikiem za ladą i zajęłam stolik przy oknie. Od niechcenia sięgnęłam po małą kartkę z menu. Po chwili zamówiłam mocną, sypaną kawę. Pijałam tylko takie. Napisałam na szybko esemesa do Mai, że nie będzie mnie na treningu. Jun ma raka, a mnie obchodzi jakiś głupi trening?

Najważniejsze treningi przed mistrzostwami, a ty sobie odpuszczasz! Pieprzona egoistko!”

Tak brzmiał esemes od Mai. Zdenerwowana odłożyłam telefon.
-Jasne, jeszcze ty się na mnie wyżywaj... - warknęłam do siebie.
Chwyciłam filiżankę gorącej kawy i oparłam głowę o okno. Jun ma raka. I co ja teraz zrobię?

***

Ktoś dotknął mojego ramienia. Spojrzałam na wysokiego mężczyznę, który przerwał moją gonitwę myśli.
-Deszczowa dziewczyna. - uśmiechnął się do mnie. 
Miał piękny uśmiech. I mówił po angielsku. Skądś znałam jego głos. Ale zaraz, jak on mnie nazwał?
-Co, proszę? - uniosłam brwi.
-Kiedyś tańczyłaś w deszczu i na mnie wpadłaś. Byłaś pijana, więc pewnie mnie nie pamiętasz. - zaśmiał się.

Moje policzki od razu przybrały czerwony kolor.

-Pamiętam. Nawet jak trochę wypiję, to zawsze wszystko pamiętam. - powiedziałam zawstydzona. - Jeszcze raz przepraszam, że na ciebie wpadłam.
-Mogę się przysiąść? Przepraszam, że tak na ciebie naskakuję, ale wszystkie stoliki są zajęte.
Rozejrzałam się po kawiarni. Rzeczywiście była pełna. Tak długo tu siedziałam?
-Jasne. Nie ma problemu. - kiwnęłam głową.
Zajął miejsce naprzeciw mnie, kopiąc mnie zabandażowaną nogę pod stołem.
-Przepraszam. - rzucił. - Ale jestem duży i nie wszędzie się mieszczę.
Moje policzki znowu się zaróżowiły. Boże, o czym ja myślę? Spojrzałam na niego i wybuchnęłam śmiechem. Był bardzo zdziwiony, ale widząc moją minę, również się roześmiał.
-Nie to miałem na myśli. - rozłożył zabawnie ręce.
-Ale to tak zabrzmiało. - spojrzałam na niego rozbawiona. - To znaczy... Mnie się tak to skojarzyło. Nie ważne, zapomnij o tym. - machnęłam ręką.

Nie dość, że zrobiłam z siebie jakiegoś zboczeńca, to jeszcze kompletnie się zbłaźniłam. Przetarłam dłońmi oczy i spotkałam się z jego spojrzeniem. Patrzył na mnie ze współczuciem. Musiałam naprawdę źle wyglądać. Od dziewiątej rano byliśmy w szpitalu, a za oknem już robiło się ciemno. Jun zemdlał w mojej kuchni, przy śniadaniu. Rozespana i bez makijażu, rzuciłam na siebie byle jakie ciuchy i udaliśmy się do szpitala. Właściwie to wyglądałam jak siedem nieszczęść.

-Przepraszam, że pytam, ale dobrze się czujesz? - zapytał cicho, jakby bał się mojej reakcji.
-Nie, nie czuję się dobrze. Mój przyjaciel ma raka, a moja rodzina jest w Europie. W dodatku jestem okropną egoistką, bo Jun od dawna źle się czuł, a ja nie zwróciłam na to uwagi. - powiedziałam szybko. - Po co ja ci to właściwie mówię, przecież cię to nie obchodzi. - chwyciłam za filiżankę zimnej kawy i zrobiłam dwa łyki, krzywiąc się.

Była zimna. Odłożyłam ją na stół.

-Możesz ze mną porozmawiać, jeśli chcesz. Jestem dobrym kompanem do rozmowy. - posłał mi ciepłe spojrzenie.
-Mam rozmawiać o moim prywatnym życiu z obcą osobą? Takie rzeczy robi się tylko w filmach.
-Jestem Felipe. - podał mi dłoń.
-Magdalena. - uścisnęłam delikatnie jego dłoń.
-Widzisz? Już nie jestem obcy. - uśmiechnął się i niechcący kopnął mnie nogą pod stołem.
-Przepraszam. - odsunął trochę swoje krzesło, robiąc sobie więcej miejsca. - Te stoliki są takie małe.
-Co z twoją nogą? - próbowałam zmienić temat.

Nie chciałam rozmawiać o Junie. Nie miałam w zwyczaju żalić się obcym osobom.

-Zerwany staw skokowy. Jestem sportowcem. Można powiedzieć, że kontuzje to część mojej pracy.
-Sportowcem? - uśmiechnęłam się pod nosem. - Nie wyglądasz na sportowca. Ja gram w piłkę ręczną, ale nie profesjonalnie. Na uczelni.
-Jestem siatkarzem. Naprawdę nie wyglądam na sportowca?
-Mogę być szczera?
Kiwnął twierdząco głową.
-Wyglądasz na zagubionego turystę fotografa. Albo jakiegoś blogera. Ewentualnie dziennikarza podróżniczego. Nie mówisz po japońsku, a gdy zacząłeś ze mną rozmawiać, dotknąłeś mojego ramienia. Zagadujesz do obcych osób w kawiarni. Japończycy tego nie robią. Nie jesteś tutaj długo, prawda?

Oblizał usta i zrobił zamyśloną minę. Ale chyba go nie obraziłam? Ten mój niewyparzony jęzor!

-Masz rację, nie jestem tutaj długo. Niecały rok. Dalej przeżywam szok kulturowy i próbuję się tutaj odnaleźć. Ile tu mieszkasz?
-Prawie dwa lata. Mój szok kulturowy był zapewne o wiele, wiele mniejszy, od tego, który przeżywasz. Przyjaciele mojej rodziny byli Japończykami. Wychowałam się z nimi w Portoryko i od dziecka mówię biegle po japońsku. Może dlatego, że znam język, mniej rzeczy mnie tutaj dziwi czy szokuje. Ale jak widzisz, to chyba ja szokuję tutejszych ludzi, bo często robią mi zdjęcia. - kiwnęłam głową w stronę pracownika kawiarni, który dyskretnie próbował robić mi zdjęcia swoim telefonem.
-Nie robią ci zdjęć, bo ich szokujesz. Jesteś po protu piękną kobietą. To dlatego ludzie tak na ciebie patrzą. Sam nie mogę oderwać od ciebie oczu. - powiedział miękkim głosem.

Zawsze z pobłażaniem reagowałam na takie komplementy. Słyszałam je często, ale nigdy nie brałam ich na serio. W jego ustach jednak brzmiało to bardzo autentycznie, prawdziwie. Podziękowałam więc z uśmiechem, a Felipe odwzajemnił gest, uśmiechając się jeszcze szerzej.

-Jesteś z Portoryko? - zapytał mnie po hiszpańsku ze śmiesznym, miękkim akcentem.
Spojrzałam na niego zachwycona, słysząc język mojego dzieciństwa. Stare miasto San Juan, zapach świeżych egzotycznych owoców, tańce na ulicach, upał i piaszczyste plaże. Boże, ależ ja tęsknię za moim dzieciństwem.
-Nie jestem z Portoryko. Jestem z Polski. Wychowałam się w Portoryko, ale w wieku dwunastu lat wróciłam do ojczyzny. W Japonii jestem na studiach. - odpowiedziałam po hiszpańsku.

Skrzywił się trochę, słysząc mój akcent. Spodziewałam się tego. Akcent z Portoryko nie brzmiał zbyt ładnie, nawet dla hiszpańskojęzycznej ludności z różnych stron świata.*

-Przepraszam. Mówię jeszcze z kolumbijskim akcentem. - spojrzałam na niego przepraszająco. - Tak lepiej? - dodałam, przerzucając się na kolumbijski akcent.
-Lepiej. Od razu wyraźniej. - odpowiedział.

Och, dzięki ci Panie za sąsiadów Kolumbijczyków, którzy w San Juan mieszkali zaraz obok nas. Jako dzieciak, podłapałam ich akcent i chwaliłam się tym w szkole. Nikt nie umiał podrabiać kolumbijskiego akcentu tak autentycznie, jak ja.
Felipe też miał ciekawy akcent. Miękki i taki trochę śmieszny.

-Skąd jesteś? - zapytałam go zaciekawiona. Wyglądał na Latynosa, ale na sto procent nie był z Ameryki Centralnej.
-Z Brazylii.
To wszystko wyjaśniało. Kiwnęłam głową ze zrozumieniem.
-A skąd dokładniej?
-Wiesz, właściwie to lepiej rozmawiało się nam po angielsku. Masz ciężki akcent. - powiedział, popijać kawę. - Bez obrazy – dodał, mało się nie dławiąc.
Wybuchnęłam głośnym śmiechem, opierając się wygodnie na krześle.
-Jesteś zabawny. Lubię cię. - powiedziałam już po angielsku.
-Jestem z Kurytyby. Jest tam największe w Brazylii skupisko Polonii. Lubię wasze pierogi.

Rozmowę przerwał nam dźwięk mojego telefonu. Chwyciłam za białe BlackBerry i spojrzałam na wyświetlacz. Czwarte nieodebrane połączenie. Jedno od trenera, dwa od Kiry i jedno od Mai. I jeszcze nieprzeczytana wiadomość od Juna.
Boże, Jun! Zapomniałam o nim. Jestem naprawdę beznadziejną przyjaciółką.

„Przepraszam, że cię tak zostawiam, ale muszę się przejść, napić w samotności i zebrać myśli. Jutro porozmawiamy. Dzięki, że mnie wspierasz”.

Wiadomość od Juna, wysłana kilka godzin temu. Siedziałam w tej kawiarni cały dzień? Uśmiech zniknął z mojej twarzy.

-Wszystko w porządku? - Felipe spojrzał na mnie z troską.
Obcy facet tak się o mnie troszczy?
-Muszę wracać do domu. Miło było cię poznać. I dzięki, że dotrzymałeś mi towarzystwa. - wstałam z krzesła. - Przepraszam, ale naprawdę muszę już wracać.
Z kieszeni bluzy wyjęłam klucze do samochodu i zarzuciłam na ramię torebkę.
-Powodzenia w leczeniu kontuzji. Będę trzymała kciuki. - uśmiechnęłam się do Felipe.
-Zostawisz mi swój numer telefonu? - zapytał.
A dlaczego nie? Tutaj obracałam się w towarzystwie samych Japończyków. Przyda mi się jakaś bratnia dusza, która również jest obcokrajowcem.
-A obiecasz, że nie będziesz wydzwaniał o szóstej rano? Jestem strasznym śpiochem. - rzuciłam w stronę Felipe, który uśmiechnął się szeroko.
-Ja też jestem śpiochem i obiecuję, że nie będę dzwonił do ciebie o nieludzkich porach.

Z torebki wyjęłam moją wizytówkę i podałam mu ją obiema rękami.**
Obejrzał ją uważnie.

-Magdalena Wi-nia... Wianiarska. - udało mu się poprawnie wypowiedzieć moje imię i nazwisko.
Kira do dziś nie potrafi poprawnie akcentować mojego nazwiska, a jemu udało się za pierwszym razem.
-Jako jedyny potrafisz wymówić moje nazwisko. Japończykom sprawia to dużo problemów.
-Nie wyglądasz na speca od I.T.. - uniósł brwi w zdziwieniu. - Myślałem, że jesteś modelką.

Modelką? On chyba zwariował.

-Jeszcze studiuję, ale już pracuję w dziale I.T.
-A gdzie studiujesz?
-Na Uniwersytecie Tokijskim.
-Wykładają tam po angielsku? - zapytał.
-A wiesz, że nie wiem? - wzruszyłam ramionami. - Studiuję po japońsku.
Pokiwał głową z uznaniem. Czułam, że znowu dam mu się zagadać i jak wrócę do domu, będzie już bardzo późno.
-Naprawdę muszę już uciekać. Miło było cię poznać. - podałam mu dłoń, którą uścisnął.
-Ciebie też. Mieszkam w Osace, ale zadzwonię jak będę jeszcze raz w Tokio.

Posłałam mu uśmiech, pożegnałam się raz jeszcze i szybkim krokiem opuściłam kawiarnię.

_________________________________________________________________________________
*Miałam na studiach kolegę z Portoryko. Nie mówię po hiszpańsku, ale kolega często mi opowiadał, że jego akcent jest bardzo brzydki :). 
**Podobno w Japonii tak się robi. 

Jeszcze raz przepraszam za opóźnienie, ale mój mąż był tutaj priorytetem. Wybaczcie.    
Nie mam siły poprawiać błędów. Te dziwne odstępy między dialogami same się tutaj pojawiają. Wina bloggera, nie moja. 

1 komentarze:

Anonimowy pisze...

Nareszcie nabrało tempa. Mam nadzieję, że Lipe jeszcze do niej nie raz zadzwoni. Czekam na następny
Pozdrawiam
Vea
www.siatkarskie-miniaturki.bloog.pl

Prześlij komentarz

 
Copyright © Waleczne serca | Theme by BloggerThemes & frostpress | Sponsored by BB Blogging