Waleczne Serca


Kochać to także umieć się rozstać. Umieć pozwolić komuś odejść, nawet jeśli darzy się go wielkim uczuciem. Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu, zaborczości, jest skierowaniem ku drugiej osobie, jest pragnieniem przede wszystkim jej szczęścia, czasem wbrew własnemu.

czwartek, 6 listopada 2014

Dez

Rzuciłam mu gniewne spojrzenie, którego nie odwzajemnił. Nie odezwał się ani słowem. I bardzo dobrze. Nadal nie mogłam przeboleć tego, że zaproponował mi pieniądze za "dotrzymywanie" mu towarzystwa. Próbowałam włączyć się w rozmowę Kiry z jej nowymi kolegami, ale słysząc, o czym rozmawiają, od razu tego pożałowałam. 

-Twoja koleżanka jest z Rosji? - spytał Kenji, robiąc przy tym charakterystyczny gest dłońmi. Jego twarz pokryły rumieńce. 

Spodziewałam się tego. Blond włosy, niebieskie oczy, duży biust i blada twarz. Faceci brali mnie za Rosjankę. A Rosjanki w Japonki zazwyczaj były paniami do towarzystwa. Te, które pracowały normalnie, spotykały się z ogromną dyskryminacją. W latach siedemdziesiątych w japońskich i koreańskich klubach go-go i burdelach, większość prostytutek była Rosjankami. Wielokrotnie zdarzało mi się, że ktoś proponował mi pieniądze za seks. Za każdym razem reagowałam ostro. Powinnam się przyzwyczaić? Nie potrafię. To prostu boli. Jak czułaby się zwiedzająca Warszawę Japonka, za którą chodziłaby chmara panów w podeszłym wieku, krzycząc za nią "Seks!"?
Japończycy to jedno. Mogę znieść ich ignorancję, ale Felipe? Naprawdę nie wyglądałam jak prostytutka. Co on sobie w ogóle myślał?

Kira wymruczała pod nosem kilka przekleństw. 

-Magdalena nie jest z Rosji. - warknęła do siatkarza. - A nawet, gdyby była, to nie wszystkie kobiety z Europy są prostytutkami. 
Kenji westchnął cicho i schował głowę za jakąś gazetą. 
A gdzie "przepraszam"? Chyba się nie doczekam. 

Właśnie dlatego czasem nienawidziłam Japonii. Kira położyła mi dłoń na ramieniu. 

-Chodź. - szepnęła mi do ucha. - Posiedzimy gdzie indziej. 


***


piątek, 22 sierpnia 2014

Nove

Wyskoczyłam z autobusu i taszcząc za sobą małą walizkę, podążyłam w stronę dużego budynku lotniska Haneda. Leciałyśmy dzisiaj z Tokio do Sapporo. Właściwie to chciałam na tydzień polecieć do Polski, ale ceny biletów i długa podróż skutecznie mnie odstraszały. 

-Idź w stronę odprawy, ja muszę przywitać się z chłopakami. - rzuciła szybko Kira, klepiąc mnie w ramię.

Jakimi znowu chłopakami? Miałyśmy lecieć same. Nie mogłam odszukać jej wzrokiem, więc ruszyłam w stronę odpraw. Przeszłam ją dość szybko, jak to lotnisko. Haneda nie było ani trochę przyjaznym lotniskiem. Wiecznie pełne i głośne. 

Usiadłam w fotelu w poczekalni, rzucając walizkę pod nogi. Dobrze, że leciałyśmy biznes klasą. Kira zawsze nabijała się ze mnie w samolocie. Byłam wysoka, miałam długie nogi, a w klasie ekonomicznej czułam się ściśnięta, jak śledzie w puszcze. 
Zamknęłam oczy, układając się wygodniej w fotelu. Zapomniałam zabrać ze sobą iPoda. Co ja będę robiła godzinę w tej poczekalni? Przegrzebałam walizkę z poszukiwaniu Kindle, ale musiałam go zostawić w mojej sypialni. 

Już miałam wstać i ruszyć w stronę sklepów, które kusiły kolorowymi witrynami, kiedy zobaczyłam Kirę. I nie była sama. Paplała radośnie z jakimiś wysokimi mężczyznami, którym najwyraźniej jej poczucie humoru przypadło do gustu, bo co chwilę wybuchali śmiechem.

-A to jest Lena. - kiwnęła na mnie głową i przywołała mnie do siebie. 
Podeszłam do niej zaciekawiona i przywitałam się z mężczyznami. Ken i Kenji. To prawie jak Flip i Flap. Za wszelką cenę starałam się zachować powagę. Kira i tak by tego nie zrozumiała. Japończycy przecież nie wiedzą kim są Flip i Flap. 
-Lenka, pamiętasz chłopaków? Robiłam kiedyś z nimi wywiad i byli raz na naszym treningu. Grają w siatkówkę w Osace... - Kira posłała mi swoje poważne spojrzenie. 
Miało one w sobie trochę groteski. Coś jak "Zachowaj twarz, nie rób z siebie idiotki, ja z nimi pracuję!".
Aha, to są to jej słynne "Pantery z Osaki", z których się kiedyś nabijałyśmy na treningu. 

Panowie usiedli z nami w poczekalni. Też lecieli do Sapporo. My na małe wakacje w górach, oni na mecz o ligowe mistrzostwo Japonii w siatkówce mężczyzn. Zostałyśmy na mecz zaproszone. Kira miała jakieś kontakty z tym zespołem. Robiła staż w telewizji, podobno ją tam zatrudnili, ale jak zwykle dowiadywałam się wszystkiego ostatnia.
Kira miała współprowadzić jakiś sportowy program telewizyjny, który leciał raz w tygodniu. Trwał tylko trzydzieści minut, ale dla mojej przyjaciółki to było najlepsze, na co udało jej zapracować. Bardzo dużo to dla niej znaczyło. Dalej studiowała dziennikarstwo, a już dostała pracę w telewizji. 
Ten program jednak nic mi nie mówił. Japońska telewizja po prostu nie nadawała się do oglądania. Durne programy, bajki, teleturnieje i wiadomości. I tak w kółko. Do japońskiej telewizji podchodziłam cztery razy i za każdym razem dawałam sobie spokój. Nie wiem jak oni mogą oglądać taki chłam. 

Po kilku minutach w poczekalni zrobiło się trochę ciasno, bo dołączyła do nas reszta siatkarzy. Ostatni z nich, usiadł na przeciwko mnie, rozmawiając przez telefon po włosku. Nasze spojrzenia się spotkały, a uśmiech od razu zszedł mi z twarzy. 

Co on tu do cholery robi? Felipe. Ten sam Felipe, z którym poszłam "na kawę". "Kawa" zakończyła się po dziesięciu minutach, kiedy otwarcie zaproponował mi pieniądze za seks i dotrzymywanie towarzystwa. Odmówiłam mi od razu i opuściłam kawiarnię. Nie mówiłam o tym nikomu, bo przecież nie było się czym chwalić. 
Czy ja naprawdę przez cały lot do Sapporo będę musiała znosić jego towarzystwo?
Przyglądając mi się, zakończył rozmowę telefoniczną. 

_______________________________________________________________________________
Dzisiaj bardzo krótko, bo naprawdę nie mam czasu. 
Co za idiota zaprosił tą całą Margaret na MŚ? Jej piszczenia nie da się słuchać. Mamy w Polsce tyle wspaniałych artystów, a oni z jakąś miauczącą dziewczynką wyskoczyli. 



czwartek, 21 sierpnia 2014

Oito

Ta nagła przerwa w grze zupełnie mnie rozkojarzyła. Trener podawał nam ostatnie wskazówki, ale nic nie zdążyłam z tego usłyszeć. 

-Kurwa. - warknęłam pod nosem, ocierając ręcznikiem spoconą twarz. 

Zacisnęłam zęby, próbując ignorować rwący ból łydek. Pojawił się nagle, ale nie chciałam dać po sobie nic poznać. Nie mogłam zostawić dziewczyn i zejść z boiska. Nie teraz, nie w takim momencie. 
Kira poklepała mnie po policzkach, próbując mnie zmotywować. 

-Damy radę! Jeszcze tylko trochę! - krzyknęłam do niej. 

Cała hala wypełniona była kibicami. Studenci, miejscowi mieszkańcy, a nawet telewizja. Uniwersytecka liga piłki ręcznej przez kilka artykułów w gazecie nagle stała się bardzo popularna. I było to dla nas wielkim szokiem. Mecz podobno był nadawany na żywo w lokalnej telewizji, jak powiedziała mi Kira, ale dalej w to nie wierzyłam. Nigdy nie grałyśmy przy pustych trybunach, ale to baseball, piłka nożna i koszykówka cieszyły się większą popularnością. 
Najbardziej zaskoczył nas telebim, który zobaczyłyśmy zanim weszłyśmy na halę. Trener wspominał o jeszcze jednym, obok głównego budynku uczelni. Tam ponoć zebrał się spory tłum gapiów. Telebim, telewizja? Czysta abstrakcja!
Miałam wrażenie, że szumi mi w uszach od tego wrzasku na hali.  

"Nasze waleczne serca! Doprowadzą nas do zwycięstwa!" - krzyczeli ludzie na trybunach, dopingując nas coraz głośniej. 

Przed oczami czmychnęła mi uczelniana maskotka, podrygując radośnie do przyśpiewki kibiców. 

"Tokio, majestatyczne Tokio..."
"Miasto drużyny walecznych serc..."

Ludzie skakali na trybunach, przez co miałam wrażenie, że cały budynek aż się trząsł. 

"Dumni jesteśmy z naszej potęgi..."

Obserwowałam szalejących kibiców z otwartymi ustami. "Drużyna walecznych serc" - tak nazwał nas jakiś dziennikarz trzy dni temu, gdy rozbiłyśmy drużynę z Osaki. Nazwa, jak widać, błyskawicznie się przyjęła, a studenci przez te trzy dni zdążyli stworzyć nową przyśpiewkę. I naprawdę robiło to wrażenie.

"Żaden przeciwnik nas nie przegoni... "
"Boją się nas w całej Japonii...", 

-Lena! - Kira klepnęła mnie w ramię, odrywając moją uwagę od kibiców. - Mai blokuje siódemkę, a ty rób swoje! - wrzasnęła mi do ucha. 
Kiwnęłam tylko głową, a gdy przerwa się skończyła, wróciłyśmy na boisko. 

"Nasze waleczne serca! Doprowadzą nas do zwycięstwa!"

Śmieszna przyśpiewka, wymyślona przez studentów. Była zabawna i brzmiała wręcz idiotycznie. Potęga, duma, waleczne serca? Ale to właśnie jakby dodało nam skrzydeł. Łydki bolały mnie tak, że miałam łzy w oczach. Prowadziłyśmy tylko jednym punktem, przez co przeciwniczki szybko mogły nas dogonić. 
Sędzia wznowił akcję, a Mai, jak wcześniej było ustalone, starała się zablokować irytującą "siódemkę", która była szybka i odbierała nam piłki. Była wyższa ode mnie i lubiła faulować, na co sędziowie już nie zwracali uwagi. 
Asa przejęła piłkę, rzucając ją w moją stronę. Ruszyłam w stronę bramki przeciwnika, a za mną "siódemka", która wyrwała się Mai. Próbowała odebrać mi piłkę. Byłam od niej szybsza, ale ta złapała mnie za koszulce, ciągnąc mocno ku sobie. Czułam, że zaraz obie się wywrócimy, więc w panice rzuciłam piłkę do Kiry. 
Cudem złapałam równowagę i mocno odepchnęłam od siebie irytującą dziewczynę. 

-Przestań mnie faulować do cholery jasnej! - krzyknęłam do niej. 
Zrobiła zszokowana minę. Nie spodziewała się, że Gaijin mówi biegle po japońsku? 
Nie zdążyłyśmy się pokłócić, bo przerwała nam wrzawa na trybunach. Mai wskoczyła mi na plecy. Zdezorientowana obróciłam się w stronę dziewczyn. 
-Mamy medala! - Mai wykrzyczała mi do ucha. 

***

Założyłam bluzę, odgarniając długie włosy. Dopiero co je umyłam, a znów lepiłam się od szampana. Mai biegała po szatni 
Kira przyłożyła mi lód do łydki. Na mojej szyi wisiał ciężki medal, choć czułam, że wcale na niego nie zasługuję. 
-Zasługujesz. - powiedziała Kira, czytając mi w myślach. - Piłka ręczna to sport drużynowy, pamiętaj o tym. 
Podniosłam się z ławki i ruszyłam w stronę wyjścia z szatni. Ten zastrzyk przeciwbólowy zrobił swoje, bo łydki choć spuchły mi okropnie, w ogóle mnie już nie bolały.




_______________________________________________________________________________

Przepraszam, że tak długo mi zeszło. Mam nawał w pracy. Druga część rozdziału pojawi się jutro. 
Doskonale wiem, że ten nowy szablon trochę irytuje. :)

środa, 23 lipca 2014

Sete

Jun mnie zadziwiał. Z wysoko podniesioną głową chodził do lekarza i zaczął terapię. Nie przerwał studiów, a jeszcze bardziej skupił się na nauce. Czego się w sumie spodziewałam? Krzyków, płaczu i użalania się nad sobą z jego strony? Był nieśmiały, ale nigdy się nie użalał. Byłam z niego dumna. 

Reszta naszych przyjaciół dowiedziała się o chorobie przedwczoraj. Powiedział im, że ma raka, poprosił, żeby uszanowali jego prywatność, o nic nie pytali ani nie poruszali tego tematu. Chciał czuć ich bliskość i wsparcie, bez pytań o terapię, szpitale i samopoczucie, które by go tylko dobijały. 

Jun przechodził przez chemioterapię, Felipe nie skontaktował się ze mną. Byłam głupia. Oczarowana jakimś Brazylijczykiem, który pewnie traktowałby mnie jak zabawkę. Brazylijczycy nie są narodem słynącym z wierności. I może dobrze, że Felipe do mnie nie zadzwonił. Po co mi facet, który się mną pobawi i rzuci w kąt? Tęskniłam za domem. Za tętniącym życiem Portoryko, polską kuchnią, dziadkami i Warszawą. Brakowało mi polskiego języka i kultury naszego kraju. 

Całą swoją frustrację wyładowywałam na treningach piłki ręcznej. Trener kiwał z zadowoleniem głową. Nazywał to moim wielkim entuzjazmem do gry. Szkoda tylko, że nie wiedział, że to nie jest żaden entuzjazm, ale moja wściekłość i frustracja z życia codziennego. Praca, uczelnia, choroba Juna, tęsknota za rodziną i Europą. Trochę się tego nazbierało, ale pozbywałam się stresu na treningach. 
Dziewczynom również udzielił się mój "entuzjazm" i byłyśmy tak zgrane, że założyłabym się, że potrafiłybyśmy grać nawet z zamkniętymi oczami. Idealnie maskowałyśmy swoje słabości. Podczas meczów stawałam się tak agresywna i skupiona na grze, że sama siebie nie poznawałam. Odczuła to raz na sobie kapitan Tokijskiego Instytutu Technologii, która próbując mnie zablokować, odbiła się ode mnie niczym piłeczka, wybijając sobie przy tym bark. Nigdy nie zapomnę jej wrzasku, grymasu na twarzy i płaczu. Nie lubiłam tej dziewczyny i nie miałam dla niej współczucia i empatii. Rok temu faulowała mnie i próbowała poniżyć Kirę. Jej obsceniczne gesty, przygłupie miny i poniżające spojrzenia pamiętałam już rok temu, gdy grałyśmy o mistrzostwo przeciwko jej uczelni. A teraz, gdy schodziła z boiska z zapłakaną twarzą, ani trochę nie było mi jej szkoda. Karma jest suką. Tak agresywna gra pomagała mi pozbyć się stresu. Nawet czyimś kosztem. 
Górowałam w statystykach, byłam oklaskiwana przez studentów - kibiców. Nasza drużyna nagle została najbardziej rozpoznawana w uczelnianej lidze, a na korytarzach każdy się nam kłaniał. Nikt oprócz studentów nie śledził ligi uniwersyteckiej i bogu dzięki, bo bałam się, że presja rzuci mnie w jakąś przepaść. 

Raz trafiłam na trzecią stronę tygodniowej gazety Tokio. Tygodnik był darmowy, dostępny w każdym, najmniejszym nawet sklepie. Poziom dziennikarski tych artykułów mnie czasem dobijał i rozśmieszał do łez, ale i tak każdy to czytał. 
Moje zdjęcie zdobiło całą stronę i właściwie to przerażało mnie ono. Spocona, wysoka blondynka, z wściekłością na twarzy rzuca piłkę do bramki. Wokół mojej klatki piersiowej wił się biały, długi wąż, a w tle dorysowana była jakaś mistyczna kreatura. Pobiegłam z tym do Juna, aby przetłumaczył mi znaczenie tych rysunków. Po japońsku mówiłam biegle, ale nie znałam się na mitologii azjatyckiej. 
Biały wąż był symbolem japońskiej bogini szczęścia, a dorysowana w tle, anonimowa postać, bogiem wojny. 
"To mieszanka walki i szczęścia. Jesteś szczęściem, bo dzięki tobie drużyna się odrodziła w lidze uniwersyteckiej, ale jesteś tak agresywna na boisku, że ludzie się czasem ciebie boją". - tak mi to wytłumaczył Jun, zaśmiewając się przy tym z mojej niewiedzy. 
Opisano moją drużynę jako "najbardziej zgrana drużyna uniwersytecka w tegorocznej lidze". Byłyśmy faworytami do wygrania mistrzostw i jak głosił ten tygodnik, przegrane drużyny kibicowały właśnie nam. 

***

20 kwietnia, Tokio

Egzaminy, egzaminy... Już za miesiąc. Z "moimi chłopakami" wylądowałam w uczelnianej bibliotece, kując do egzaminów. Byłam jedyną kobietą w mojej grupie. Były jeszcze cztery, ale odpadły na pierwszy roku. Byliśmy dość zgraną grupą i czasem uczyliśmy się razem. Na pierwszym roku traktowali mnie trochę z pobłażaniem, bo informatyka na moim uniwersytecie była raczej męskim kierunkiem. Zmienili swoje nastawienie, kiedy pokazałam im na co mnie stać. 

Wymruczałam pod nosem kilka polskich przekleństw, zakreślając na kartce obliczenia kolegi. Jak można być tak tępym? 
-Jotaro. - warknęłam cicho, kopiąc go w kostkę pod stołem. 
Krótkowłosy mężczyzna spojrzał na mnie ze zbitą miną. 
-Sprawdziłaś? 
-Sprawdziłam. Wszystko źle. - zwinęłam kartkę w kulkę. - Tabliczki mnożenia nie umiesz? 
-Umiem. 
-8 razy 8? 
-64. - warknął na mnie i rzucił mi wściekłe spojrzenie. 
-To skąd ci się to 68 wzięło, tępaku? 

Zrobiłam zamach i rzuciłam papierową kulką w Jotaro. Trafiłam w głowę. 
Napuszył się zabawnie, próbując mi oddać. Zrobiłam unik. 

-Wredna. - prychnął pod nosem. 

Jotaro był zabawny. Chciał zostać programistą, tak jak ja. Założyliśmy się na pierwszym roku które z nas pierwsze dostanie wymarzoną pracę. Byłam dobra w matematyce, czym on nie mógł się pochwalić. Do dziś nie wiedzieliśmy po co ten facet chce być programistą. Nie znosił matematyki, skomplikowanych obliczeń, przysypiał na zajęciach... Z jednej strony było mi go szkoda, bo od razu widać było, że Jotaro w ogóle nie nadaje się do pracy w I.T; ale nabijałam się z niego niemiłosiernie. Był naszym kozłem ofiarnym. Pomagaliśmy mu w nauce i jakoś to wszystko zdawał. Pojęcia nie mam jak, ale dawał radę. Widać, że jak się człowiek uprze i zmotywuje, to da sobie radę.

Do naszego stolika podeszła pracownica biblioteki. 
-Mada-de-lejna. - kobieta wydukała z trudem. - Telefon do ciebie. 
Uniosłam zdziwiona brwi. 
-Telefon? - spojrzałam na nią zaciekawiona. 
-W recepcji. W głównym budynku. To ponoć coś ważnego.

Co?! Wszyscy mają mój numer telefonu. Kto dzwoniłby na uczelnię? Rzuciłam do kolegów krótkie "zaraz wracam" i czując na sobie ich zdziwione spojrzenia, podążyłam za kobietą do głównego budynku na uczelni. Pośpieszała mnie przy tym mało dyskretnie, więc prawie biegłyśmy. Nie mogli przekierować tej rozmowy z recepcji do biblioteki? W bibliotece też był telefon. Nic z tego nie rozumiałam. 

W recepcji sekretarka podała mi słuchawkę i uśmiechnęła się pogodnie.
-Halo? 
-Magdalena? 
-Tak. A z kim rozmawiam?
-Felipe. 

Co?! Ten sam Felipe? 

-Ten Felipe? - dociekałam się.
-A znasz jakiegoś innego? - zaśmiał się. - Ostatnio rozmawialiśmy w szpitalu, pamiętasz? Chyba mnie nie pamiętasz. Przepraszam. 
-Jak mogłabym zapomnieć! - uśmiechnęłam się szeroko. 

A jednak zadzwonił! Od razu zrobiło mi się cieplej na sercu. Cały mój stres, agresja i frustracja nagle zniknęły. Czułam się dziwnie spokojna i odprężona. 

-No właśnie... - westchnął po drugiej stronie. - Podczas pakowania zapodziałem gdzieś twoją wizytówkę i nie mogłem jej znaleźć. Głupio mi teraz, bo obiecałem, że zadzwonię. Szukałem o tobie informacji w Internecie, ale też nic ciekawego nie znalazłem. Nawet na Facebooku cię nie ma. 
-Jestem. Ale nie ma tam mojego pełnego imienia i nazwiska. - przerwałam mu. 

On mnie szukał! A myślałam, że mnie olał.  

-Dziś gramy mecz w Tokio i u mojego masażysty znalazłem jakąś gazetkę sprzed dwóch tygodni. Przeglądałem ją podczas zabiegu i na trzeciej stronie jest twoje zdjęcie. 
-Tak się jakoś złożyło. - wydukałam zażenowana. 

On ma własnego masażystę? Widział moje brzydkie zdjęcie na trzeciej stronie. 

-Jesteś sławna. - zaśmiał się. - Myślałem, że ta twoja piłka ręczna to tylko hobby, a to jednak wygląda na coś poważnego. 
-To tylko hobby. Naprawdę. - machnęłam ręką, prawie strącając przybory z biurka i posłałam sekretarce przepraszające spojrzenie. - Chcę być programistką, a nie sportowcem.
-W takim razie będę trzymał kciuki. Za karierę i za mistrzostwa. 
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się szeroko do słuchawki. 
-Masz teraz jakieś zajęcia albo wykłady? 

Mam dużo nauki do egzaminów, ale dla ciebie rzucę wszystko!

-Nie. Jestem wolna. - skłamałam. 
-To świetnie, bo właśnie stoję pod twoją uczelnią! Pod halą sportową.
-To daj mi pięć minut, zaraz tam będę.
-Czekam. 
-To do zobaczenia. - odłożyłam słuchawkę, nie dając mu już nic powiedzieć. 

Pobiegłam do biblioteki i w pośpiechu spakowałam swoje rzeczy. Przerzuciłam torbę z laptopem na ramię i przeprosiłam chłopaków, mówiąc, że wypadło mi ważne spotkanie. 

-Kobieto, uspokój się. - warknął na mnie Jotaro, kiedy niechcący prawie zrzuciłam jego laptopa. 
-Przepraszam. - wymruczałam. - Jak ja wyglądam? - rozpuściłam włosy i spojrzałam pytająco na grupkę facetów. 
-Tak jak zawsze. - odpowiedzieli chórem, na co przewróciłam oczami.

Pożegnałam się z nimi raz jeszcze i szybkim krokiem opuściłam budynek uczelni. W drodze do hali sportowej, wymijałam duże grupy studentów, a po mojej głowie krążyło setki myśli. Zadzwonił, pamiętał o mnie.
Stanęłam pod halą, próbując znaleźć go w tłumie studentów. Jest! Siedział na ławce, rozmawiając z jakimiś dziewczynami. 
Podeszłam do niego wolnym krokiem i natychmiast spotkałam się z jego ciepłym spojrzeniem. 

_________________________________________________________________________________
Ta-dam! Ciąg dalszy nastąpi :D. 
Przepraszam za opóźnienia, problemy rodzinne. 
Nie, nie mam piętnastu lat, jak wam się może wydawać przez ten styl pisania. Piszę jak dziecko w podstawówce. Nie używam na co dzień języka polskiego i ten blog ma mi jako tako pomóc z pisaniu po polsku. Nie zapominam języka, ale czasem walę orty za ortami. 








czwartek, 10 lipca 2014

Seis

Jun od jakiegoś czasu źle się czuł, a ja byłam tak zajęta sobą, że nie zwróciłam na to większej uwagi. On sam twierdził, że to nic takiego, ale gdy po raz kolejny zemdlał w mojej obecności, zabrałam go do lekarza.
Siedzieliśmy cały dzień w przychodni, czekając na naszą kolej. Japońskie przychodnie liczbą pacjentów przebijały te polskie, ale w Japonii nikt się nigdy nie wykłócał o miejsce ani nie wpychał do kolejki. Gdy wreszcie starszy lekarz zawołał do siebie mojego przyjaciela, przysnęłam w poczekalni.

Obudził mnie biały jak ściana Jun, który oznajmił drżącym głosem, że musimy jeszcze pójść na czwarte piętro, do innego lekarza. Złapał mnie mocno za dłoń, wyszeptał, że się boi i poszliśmy razem do drugiego lekarza.
Gdy dotarliśmy na czwarte piętro, ujrzałam napis „odział onkologii”. Do gabinetu weszliśmy razem i spędziliśmy tam dobre dwie godziny.

Spodziewałam się wszystkiego. Wirusa, zmęczenia, cukrzycy, ale nie raka. Jun ma raka krwi. I nie wiem co będzie dalej. On na to nie zasługuje. To ja powinnam mieć raka. On ma przed sobą świetlaną karierę, a ja? Kim ja będę? Typowym, nic nie wartym informatykiem?
Wyszłam z gabinetu lekarskiego, pociągając nosem. Jun przeprosił szybko, udając się do toalety. Wymamrotał jeszcze pod nosem, że mam na niego czekać w kawiarni. Przetarłam zapłakane oczy i zeszłam piętro niżej, do małej kawiarni. Była pusta. Przywitałam się szybko z pracownikiem za ladą i zajęłam stolik przy oknie. Od niechcenia sięgnęłam po małą kartkę z menu. Po chwili zamówiłam mocną, sypaną kawę. Pijałam tylko takie. Napisałam na szybko esemesa do Mai, że nie będzie mnie na treningu. Jun ma raka, a mnie obchodzi jakiś głupi trening?

Najważniejsze treningi przed mistrzostwami, a ty sobie odpuszczasz! Pieprzona egoistko!”

Tak brzmiał esemes od Mai. Zdenerwowana odłożyłam telefon.
-Jasne, jeszcze ty się na mnie wyżywaj... - warknęłam do siebie.
Chwyciłam filiżankę gorącej kawy i oparłam głowę o okno. Jun ma raka. I co ja teraz zrobię?

***

Ktoś dotknął mojego ramienia. Spojrzałam na wysokiego mężczyznę, który przerwał moją gonitwę myśli.
-Deszczowa dziewczyna. - uśmiechnął się do mnie. 
Miał piękny uśmiech. I mówił po angielsku. Skądś znałam jego głos. Ale zaraz, jak on mnie nazwał?
-Co, proszę? - uniosłam brwi.
-Kiedyś tańczyłaś w deszczu i na mnie wpadłaś. Byłaś pijana, więc pewnie mnie nie pamiętasz. - zaśmiał się.

Moje policzki od razu przybrały czerwony kolor.

-Pamiętam. Nawet jak trochę wypiję, to zawsze wszystko pamiętam. - powiedziałam zawstydzona. - Jeszcze raz przepraszam, że na ciebie wpadłam.
-Mogę się przysiąść? Przepraszam, że tak na ciebie naskakuję, ale wszystkie stoliki są zajęte.
Rozejrzałam się po kawiarni. Rzeczywiście była pełna. Tak długo tu siedziałam?
-Jasne. Nie ma problemu. - kiwnęłam głową.
Zajął miejsce naprzeciw mnie, kopiąc mnie zabandażowaną nogę pod stołem.
-Przepraszam. - rzucił. - Ale jestem duży i nie wszędzie się mieszczę.
Moje policzki znowu się zaróżowiły. Boże, o czym ja myślę? Spojrzałam na niego i wybuchnęłam śmiechem. Był bardzo zdziwiony, ale widząc moją minę, również się roześmiał.
-Nie to miałem na myśli. - rozłożył zabawnie ręce.
-Ale to tak zabrzmiało. - spojrzałam na niego rozbawiona. - To znaczy... Mnie się tak to skojarzyło. Nie ważne, zapomnij o tym. - machnęłam ręką.

Nie dość, że zrobiłam z siebie jakiegoś zboczeńca, to jeszcze kompletnie się zbłaźniłam. Przetarłam dłońmi oczy i spotkałam się z jego spojrzeniem. Patrzył na mnie ze współczuciem. Musiałam naprawdę źle wyglądać. Od dziewiątej rano byliśmy w szpitalu, a za oknem już robiło się ciemno. Jun zemdlał w mojej kuchni, przy śniadaniu. Rozespana i bez makijażu, rzuciłam na siebie byle jakie ciuchy i udaliśmy się do szpitala. Właściwie to wyglądałam jak siedem nieszczęść.

-Przepraszam, że pytam, ale dobrze się czujesz? - zapytał cicho, jakby bał się mojej reakcji.
-Nie, nie czuję się dobrze. Mój przyjaciel ma raka, a moja rodzina jest w Europie. W dodatku jestem okropną egoistką, bo Jun od dawna źle się czuł, a ja nie zwróciłam na to uwagi. - powiedziałam szybko. - Po co ja ci to właściwie mówię, przecież cię to nie obchodzi. - chwyciłam za filiżankę zimnej kawy i zrobiłam dwa łyki, krzywiąc się.

Była zimna. Odłożyłam ją na stół.

-Możesz ze mną porozmawiać, jeśli chcesz. Jestem dobrym kompanem do rozmowy. - posłał mi ciepłe spojrzenie.
-Mam rozmawiać o moim prywatnym życiu z obcą osobą? Takie rzeczy robi się tylko w filmach.
-Jestem Felipe. - podał mi dłoń.
-Magdalena. - uścisnęłam delikatnie jego dłoń.
-Widzisz? Już nie jestem obcy. - uśmiechnął się i niechcący kopnął mnie nogą pod stołem.
-Przepraszam. - odsunął trochę swoje krzesło, robiąc sobie więcej miejsca. - Te stoliki są takie małe.
-Co z twoją nogą? - próbowałam zmienić temat.

Nie chciałam rozmawiać o Junie. Nie miałam w zwyczaju żalić się obcym osobom.

-Zerwany staw skokowy. Jestem sportowcem. Można powiedzieć, że kontuzje to część mojej pracy.
-Sportowcem? - uśmiechnęłam się pod nosem. - Nie wyglądasz na sportowca. Ja gram w piłkę ręczną, ale nie profesjonalnie. Na uczelni.
-Jestem siatkarzem. Naprawdę nie wyglądam na sportowca?
-Mogę być szczera?
Kiwnął twierdząco głową.
-Wyglądasz na zagubionego turystę fotografa. Albo jakiegoś blogera. Ewentualnie dziennikarza podróżniczego. Nie mówisz po japońsku, a gdy zacząłeś ze mną rozmawiać, dotknąłeś mojego ramienia. Zagadujesz do obcych osób w kawiarni. Japończycy tego nie robią. Nie jesteś tutaj długo, prawda?

Oblizał usta i zrobił zamyśloną minę. Ale chyba go nie obraziłam? Ten mój niewyparzony jęzor!

-Masz rację, nie jestem tutaj długo. Niecały rok. Dalej przeżywam szok kulturowy i próbuję się tutaj odnaleźć. Ile tu mieszkasz?
-Prawie dwa lata. Mój szok kulturowy był zapewne o wiele, wiele mniejszy, od tego, który przeżywasz. Przyjaciele mojej rodziny byli Japończykami. Wychowałam się z nimi w Portoryko i od dziecka mówię biegle po japońsku. Może dlatego, że znam język, mniej rzeczy mnie tutaj dziwi czy szokuje. Ale jak widzisz, to chyba ja szokuję tutejszych ludzi, bo często robią mi zdjęcia. - kiwnęłam głową w stronę pracownika kawiarni, który dyskretnie próbował robić mi zdjęcia swoim telefonem.
-Nie robią ci zdjęć, bo ich szokujesz. Jesteś po protu piękną kobietą. To dlatego ludzie tak na ciebie patrzą. Sam nie mogę oderwać od ciebie oczu. - powiedział miękkim głosem.

Zawsze z pobłażaniem reagowałam na takie komplementy. Słyszałam je często, ale nigdy nie brałam ich na serio. W jego ustach jednak brzmiało to bardzo autentycznie, prawdziwie. Podziękowałam więc z uśmiechem, a Felipe odwzajemnił gest, uśmiechając się jeszcze szerzej.

-Jesteś z Portoryko? - zapytał mnie po hiszpańsku ze śmiesznym, miękkim akcentem.
Spojrzałam na niego zachwycona, słysząc język mojego dzieciństwa. Stare miasto San Juan, zapach świeżych egzotycznych owoców, tańce na ulicach, upał i piaszczyste plaże. Boże, ależ ja tęsknię za moim dzieciństwem.
-Nie jestem z Portoryko. Jestem z Polski. Wychowałam się w Portoryko, ale w wieku dwunastu lat wróciłam do ojczyzny. W Japonii jestem na studiach. - odpowiedziałam po hiszpańsku.

Skrzywił się trochę, słysząc mój akcent. Spodziewałam się tego. Akcent z Portoryko nie brzmiał zbyt ładnie, nawet dla hiszpańskojęzycznej ludności z różnych stron świata.*

-Przepraszam. Mówię jeszcze z kolumbijskim akcentem. - spojrzałam na niego przepraszająco. - Tak lepiej? - dodałam, przerzucając się na kolumbijski akcent.
-Lepiej. Od razu wyraźniej. - odpowiedział.

Och, dzięki ci Panie za sąsiadów Kolumbijczyków, którzy w San Juan mieszkali zaraz obok nas. Jako dzieciak, podłapałam ich akcent i chwaliłam się tym w szkole. Nikt nie umiał podrabiać kolumbijskiego akcentu tak autentycznie, jak ja.
Felipe też miał ciekawy akcent. Miękki i taki trochę śmieszny.

-Skąd jesteś? - zapytałam go zaciekawiona. Wyglądał na Latynosa, ale na sto procent nie był z Ameryki Centralnej.
-Z Brazylii.
To wszystko wyjaśniało. Kiwnęłam głową ze zrozumieniem.
-A skąd dokładniej?
-Wiesz, właściwie to lepiej rozmawiało się nam po angielsku. Masz ciężki akcent. - powiedział, popijać kawę. - Bez obrazy – dodał, mało się nie dławiąc.
Wybuchnęłam głośnym śmiechem, opierając się wygodnie na krześle.
-Jesteś zabawny. Lubię cię. - powiedziałam już po angielsku.
-Jestem z Kurytyby. Jest tam największe w Brazylii skupisko Polonii. Lubię wasze pierogi.

Rozmowę przerwał nam dźwięk mojego telefonu. Chwyciłam za białe BlackBerry i spojrzałam na wyświetlacz. Czwarte nieodebrane połączenie. Jedno od trenera, dwa od Kiry i jedno od Mai. I jeszcze nieprzeczytana wiadomość od Juna.
Boże, Jun! Zapomniałam o nim. Jestem naprawdę beznadziejną przyjaciółką.

„Przepraszam, że cię tak zostawiam, ale muszę się przejść, napić w samotności i zebrać myśli. Jutro porozmawiamy. Dzięki, że mnie wspierasz”.

Wiadomość od Juna, wysłana kilka godzin temu. Siedziałam w tej kawiarni cały dzień? Uśmiech zniknął z mojej twarzy.

-Wszystko w porządku? - Felipe spojrzał na mnie z troską.
Obcy facet tak się o mnie troszczy?
-Muszę wracać do domu. Miło było cię poznać. I dzięki, że dotrzymałeś mi towarzystwa. - wstałam z krzesła. - Przepraszam, ale naprawdę muszę już wracać.
Z kieszeni bluzy wyjęłam klucze do samochodu i zarzuciłam na ramię torebkę.
-Powodzenia w leczeniu kontuzji. Będę trzymała kciuki. - uśmiechnęłam się do Felipe.
-Zostawisz mi swój numer telefonu? - zapytał.
A dlaczego nie? Tutaj obracałam się w towarzystwie samych Japończyków. Przyda mi się jakaś bratnia dusza, która również jest obcokrajowcem.
-A obiecasz, że nie będziesz wydzwaniał o szóstej rano? Jestem strasznym śpiochem. - rzuciłam w stronę Felipe, który uśmiechnął się szeroko.
-Ja też jestem śpiochem i obiecuję, że nie będę dzwonił do ciebie o nieludzkich porach.

Z torebki wyjęłam moją wizytówkę i podałam mu ją obiema rękami.**
Obejrzał ją uważnie.

-Magdalena Wi-nia... Wianiarska. - udało mu się poprawnie wypowiedzieć moje imię i nazwisko.
Kira do dziś nie potrafi poprawnie akcentować mojego nazwiska, a jemu udało się za pierwszym razem.
-Jako jedyny potrafisz wymówić moje nazwisko. Japończykom sprawia to dużo problemów.
-Nie wyglądasz na speca od I.T.. - uniósł brwi w zdziwieniu. - Myślałem, że jesteś modelką.

Modelką? On chyba zwariował.

-Jeszcze studiuję, ale już pracuję w dziale I.T.
-A gdzie studiujesz?
-Na Uniwersytecie Tokijskim.
-Wykładają tam po angielsku? - zapytał.
-A wiesz, że nie wiem? - wzruszyłam ramionami. - Studiuję po japońsku.
Pokiwał głową z uznaniem. Czułam, że znowu dam mu się zagadać i jak wrócę do domu, będzie już bardzo późno.
-Naprawdę muszę już uciekać. Miło było cię poznać. - podałam mu dłoń, którą uścisnął.
-Ciebie też. Mieszkam w Osace, ale zadzwonię jak będę jeszcze raz w Tokio.

Posłałam mu uśmiech, pożegnałam się raz jeszcze i szybkim krokiem opuściłam kawiarnię.

_________________________________________________________________________________
*Miałam na studiach kolegę z Portoryko. Nie mówię po hiszpańsku, ale kolega często mi opowiadał, że jego akcent jest bardzo brzydki :). 
**Podobno w Japonii tak się robi. 

Jeszcze raz przepraszam za opóźnienie, ale mój mąż był tutaj priorytetem. Wybaczcie.    
Nie mam siły poprawiać błędów. Te dziwne odstępy między dialogami same się tutaj pojawiają. Wina bloggera, nie moja. 

środa, 9 lipca 2014

Małe opóźnienie

Przepraszam za małe opóźnienie, ale mój mąż wylądował w szpitalu i nie jestem w stanie napisać nowego rozdziału. 

Odezwę się za kilka dni. 

czwartek, 3 lipca 2014

Bełkot autorki 2

Nowy rozdział pojawi się pojutrze. Napisałam dopiero połowę, bo bawiłam się na wakacjach w Polsce, a teraz kończę staż :). 

Dopiero wróciłam do Londynu. Samochodem z Polski do Londynu. Jestem bardzo głupia, wiem... 
Umieram ze zmęczenia, ale dałam radę :). Widziałam jak policja złapała murzynów, którzy próbowali się dostać do UK, chowając się w jakiejś ciężarówce. Podobno byli z Senegalu. 
Mają jakieś czujniki ciepła i dwutlenku węgla, które przykładają do ciężarówek i wiedzą, że ktoś tam w środku jest. Pojęcia nie mam jak to dokładnie działa, ale zszokowało mnie to. Technologia nie przestaje mnie zadziwiać. 

Nie pochlebiam takiego łamania prawa, chowania się pod ciężarówkami albo między towarami, ale z drugiej strony jest mi ich żal, bo rozumiem co czują. Moja rodzina dostała azyl w Australii podczas komuny, uciekli z Polski i moi rodzice nadal mieszkają w Australii. I nie dziwię się, że czarni imigranci tak bardzo próbują przedostać się do Europy. W Afryce nie da się żyć. Nie lubię ich kultury, ale rozumiem, że pragną wolności. 

I jako, że z gór pochodzę, a Szklarska Poręba to moje rodzinne miasto, apeluję do wszystkich przygłupich turystów.
Góry nie tolerują idiotów i nie wybaczają. Ubierajcie się stosownie. Wiem, że jest lato, ale w górach nadal leży śnieg i wycięty top i klapki to nie jest odpowiedni ubiór do wspinaczki.
Bawiłam się też ze znajomymi w Bukowinie Tatrzańskiej i Zakopanem, gdzie aż przykro się robiło, patrząc na bezmyślnych turystów.

Od znajomych w Polsce usłyszałam, że moja mentalność już w ogóle polską mentalnością nie jest i aż mnie przytkało. Nie wiedziałam jak na to zareagować :(




 
Copyright © Waleczne serca | Theme by BloggerThemes & frostpress | Sponsored by BB Blogging