Waleczne Serca


Kochać to także umieć się rozstać. Umieć pozwolić komuś odejść, nawet jeśli darzy się go wielkim uczuciem. Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu, zaborczości, jest skierowaniem ku drugiej osobie, jest pragnieniem przede wszystkim jej szczęścia, czasem wbrew własnemu.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Cinco

Marzec minął w zawrotnym tempie. Z Kirą widziałyśmy się tylko na treningach. Obie byłyśmy ostatnio bardzo zajęte. Biegałam między uczelnią, pracą i treningami. Trener nas nie rozpieszczał. Dodatkowo ściągnął skądś jakiegoś pajaca od wychowania fizycznego, który zajmował się naszym treningiem na siłowni. Na początku strasznie marudziłyśmy, ale opłacało się tak ostro trenować, bo czułam się silniejsza i zdrowsza. 

Jun również był bardzo zajęty. Jakiś scenarzysta zobaczył go na występie uczelnianego teatru. Zaprosił go na casting i mój przyjaciel dostał ważną rolę w jakimś spektaklu. Nie lubiłam spektakli, bo zawsze wydawały mi się przesadzone i sztuczne. Byłam na pięciu występach grupy teatralnej Juna i żaden mi się nie podobał. Nie lubiłam melodramatów. Zdarzało mi się bywać na zajęciach tańca współczesnego, ale chodziłam tam raczej dla zabawy.

Dziś wyjątkowo wszyscy mieliśmy wolny wieczór, dlatego postanowiliśmy się zabawić. Stałam przed lustrem, przyglądając się żółtej sukience, którą ostatnio wygrzebałam na wyprzedaży.

-Nie pasuje ci. W niebieskim ci ładniej. - Kira weszła do mojej sypialni i podała mi inną sukienkę.
-Skąd to masz? To nie twój rozmiar. - spojrzałam na metkę.
-Kupiłam ci. To w nagrodę za sprzątanie za mnie. I załóż jeszcze te zajebiste szpilki!- puściła mi oczko i wyszła z pokoju zanim zdążyłam jej podziękować.

Kira ostatnio była bardziej zabiegana ode mnie i to mnie przypadło sprzątanie mieszkania dwa razy pod rząd mimo, że miałyśmy swój grafik.
Zdjęłam żółtą sukienkę, której krój rzeczywiście mi w ogóle nie pasował. Gdzie ja miałam oczy w tym sklepie?

-No, szybciej. Taksówka już na nas czeka. - usłyszałam poganianie.

Założyłam niebieską sukienkę i wysokie szpilki. W pośpiechu chwyciłam za torebkę i obie opuściłyśmy mieszkanie.

Taksówka rzeczywiście czekała już na nas pod apartamentowcem. Kira podała kierowcy nazwę jakiegoś klubu, którego nie znałam. Zazwyczaj bawiłyśmy się w klubach, gdzie nie było piszczących nastolatek i grubych facetów po czterdziestce. Same miałyśmy dopiero po dwadzieścia lat, ale wybierałyśmy kluby z lepszą atmosferą, gdzie nie musiałyśmy oglądać pijanych dziewczyn, wracających na czworaka do domu.

-Jun mi powiedział o tym klubie. Byłam tam z nim i Mai parę dni temu. Chcieliśmy cię zabrać ze sobą, ale nie mogłam cię dobudzić.
-Nie pamiętam tego. - zmarszczyłam czoło.
-Bo spałaś.
Kira była z Junem w klubie? W końcu odważył się ją gdzieś zaprosić czy zabrał Mai jako przyzwoitkę?
-Dobrze się czujesz? - szturchnęła mnie przyjaciółka.
-Tak. Tylko się zamyśliłam. - odpowiedziałam szybko.

Na miejscu prawie zemdlałam, gdy usłyszałam ile musiałyśmy zapłacić za wejście do klubu. Okazało się jednak, że zapłaciłyśmy 1/4 ceny. Fajnie jest być studentem. Nigdy nie widziałam tak długiego korytarza, na którego końcu stał wysoki ochroniarz. Wskazał nam szatnie i kazał zostawić tam nasze telefony. Ale po co? Po wyjściu z szatni kilkakrotnie sprawdził czy nie mamy przy sobie komórek ani niczego podejrzanego.* Narkotyków tam szukali? Czy my wyglądamy jak ćpunki? Kira bardzo mnie ponaglała i kazała nie zadawać więcej pytań.

Chwyciłam więc torebkę i zostałyśmy przepuszczone w kolejnych drzwiach. Spojrzałam zachwycona na wnętrze klubu.

-Kira! Uwielbiam cię! - przytuliłam mocno przyjaciółkę i roześmiane zajęłyśmy stolik.

Teraz już rozumiem dlaczego wylądowaliśmy w takim klubie. Zrobili to, żebym czuła się swobodnie. W Japonii nigdy nie spotkałam się z żadnym rasistowskim zachowaniem ze strony jej mieszkańców. Niektóre restauracje i knajpy miały plakietkę „tylko dla Japończyków”, ale omijałam je szerokim łukiem. Mój wygląd był tutaj ciągle komentowany. Miałam metr osiemdziesiąt i długie, naturalne blond włosy.** Ale nauczyłam się już ignorować prośby o zdjęcia i dziwne komentarze.

*** 
Trzecia rano. Muzyka dudniła mi w uszach gdy opuszczaliśmy klub. Jun potykał się o własne nogi, a Kira radośnie trzymała go za ramię i szczebiotała mu coś do ucha. Mai i Aki prawie w ogóle nic nie wypili. Rozmawialiśmy wesoło, przemierzając przez długi korytarz. Ochroniarz rozbawiony naszych stanem, otworzył nam wyjściowe.

-O, kurwa! - Mai złapała się za usta.
-Ale leje! Czekajcie, zadzwonię po taxi. - Aki wyciągał z kieszeni telefon.
Nie zwracałam na nich uwagi. Miasto w ulewie wyglądało cudownie.
-Tu jest pięknie. - szepnęłam.
-Chyba zwariowałaś. - Aki spojrzał na mnie, nie kryjąc zdziwienia.
Machnęłam na niego ręką i wbiegłam na ulicę. Rozpuściłam długie włosy i zaśmiałam się radośnie, kręcąc się w kółko.
-Wariatko! Przeziębisz się!
-Lena! Zaraz będzie burza.
-Jaka burza? - rozłożyłam ręce. - Nie zapowiadali burzy.
-Uwierz mi, mieszkam w tym mieście dwadzieścia dwa lata. - marudził Aki.

Pokazałam im język i wróciłam do skakania po kałużach. Słysząc muzykę dudniącą z klubów, zaczęłam tańczyć. Muzykę przerwał głośny grzmot. Spojrzałam na niego w błyskawicach. Aki miał rację z tą burzą. Zdjęłam szpilki i rzuciłam je pod nogi przyjaciół.

-Chodźcie do mnie! - krzyknęłam.
-Zwariowałaś? Nie będę tańczył w burzy jak idiota. - pijany Jun naburmuszył się zabawnie. -No, gdzie ta taksówka?!

Wzruszyłam ramionami i zamknęłam oczy, nie przestając tańczyć. Odbiłam się od czegoś i usłyszałam męski śmiech. Natychmiast otworzyłam oczy i odskoczyłam przerażona od zakapturzonej postaci. 

-Hej. Wszystko dobrze? Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. - mężczyzna miał bardzo przyjemny dla ucha głos i mówił po angielsku.
Ale zaraz... Jak to po angielsku? Myśl, Lena, przecież turyści w Tokio chadzają o każdej porze dnia i nocy. 
-Przepraszam. - powiedziałam, przechodząc na angielski. - Nie chciałam na pana wpaść. Naprawdę przepraszam. Nic panu nie jest? - zadarłam głowę i spojrzałam w górę. 
Miałam sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, a on był bardzo wysoki.
-Ze mną wszystko okay.. Jestem... - przerwał mu głośny grzmot. Wzdrygnął się.
-To tylko burza. - zaśmiałam się. - Miło było poznać. - posłałam mu szeroki uśmiech, dygnęłam śmiesznie i tanecznym krokiem ruszyłam w stronę przyjaciół, którzy pakowali się już do dużej taksówki.

Gdy tylko zajęłam miejsce w taksówce, kierowca ruszył przed siebie.

-Co to za bezdomnego dziada tam podrywałaś? - Mai szturchnęła mnie, a wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Skąd wiesz, że był bezdomny? - zdziwiłam się.
-Elegancja dzielnica Tokio pełna najlepszych klubów, a on ubrany jest jak stary dziad. - wyjaśnił mi Aki.
-Miał ładny głos. - oburzyłam się.
-Stary, bezdomny dziad z ładnym głosem. Ty to masz ciekawy gust. - Jun roześmiał głośno.
Westchnęłam cicho i położyłam głowę na ramieniu Mai.

_________________________________________________________________________________
*Moje własne doświadczenia w jednym z klubów w Londynie. 
**Magdalena jest wysoką blondynką, a jestem rudym kurduplem i mam 160 cm wzrostu :P.
*** Nie lubię ani deszczu ani burzy. 
Zakapturzony bandyta z opowiadania :). To zdjęcie idealnie pasuje do tego rozdziału.

Hala w Krakowie robi wrażenie. Bardzo podobało mi się na meczu. Cudownie odśpiewany Mazurek Dąbrowskiego, ale ludzie, kiedy wy się wreszcie nauczycie? "Kiedy", a nie "póki". 
Mecz z Bydgoszczy oglądałam już w telewizji i nie podobała mi się tamtejsza atmosfera. Jak na pikniku. Pan Magiera trochę irytuje, stwarza taką piknikową atmosferę. 
Cały dzień chodziłam po górach w mojej rodzinnej Szklarskiej Porębie i dlatego rozdział tak późno się pojawił. 
Pozdrawiam. 




piątek, 20 czerwca 2014

Quatro

Głośno dysząc, położyłam się na parkiecie. Takiego wycisku już dawno nie miałyśmy. Moje ciało pulsowało. Nie mogłam złapać oddechu. Jutro będę miała zakwasy. Zakwasy jak nic. Trener pogwizdywał radośnie, zaśmiewając się z naszego stanu.

-Nie było chyba tak źle? - puścił mi oczko. - Byłaś świetna.
-Nie musiałeś nas tak męczyć. - wydyszałam. - To jak tortury.
-Dokładnie tak! - poparły mnie dziewczyny.
-Mieliśmy fajną publiczność, to musiałem się wami pochwalić.

Publiczność? Ach, tak... Grupka siatkarzy nadal siedziała na widowni, wesoło rozmawiając. Co chwilę przekrzykiwali się i głośno śmiali. Widziałam jak podczas treningu nagrywali nas na telefonach. Czasami nas oklaskiwali. Było to dziwne. Studenci, którzy przychodzili na nasze treningi zazwyczaj siedzieli cicho, starając się nas nie rozpraszać.
Spojrzałam w stronę widowni. Jun na migi pokazał mi, że idzie do domu. Przewróciłam oczami. Ta jego nieśmiałość w stosunku do mojej przyjaciółki zaczęła mnie irytować.

Kira podniosła się, głośno marudząc. Przyjrzałam jej się uważnie. Długie, czarne włosy, idealna cera. Miała sylwetkę w kształcie gruszki i była naprawdę bardzo kobieca. 
-Chyba nie dam rady dojść do szatni. - jęknęłam, wyciągając ręce w stronę przyjaciółki, która pomogła mi wstać.
Marudziłybyśmy jeszcze trochę, ale trener wygonił nas z hali. Zabrałyśmy więc manatki i ruszyłyśmy do szatni.



Gdy brałam prysznic, słyszałam śmiechy i pisku dziewczyn. Pokręciłam głową z uśmiechem. Pewnie Mai znowu wykręciła im jakiś numer. Mai studiowała sztukę i była naszym drużynowym „błaznem”. Zawsze odstawiała jakieś przypały. Założyła trenerowi konto na portalu randkowym, dla żartu oczywiście. Tam napisała „w jego imieniu” do jakiejś kobiety po trzydziestce i zaprosiła ją na randkę. Całej historii do dziś nie znam, ale wiem, że do randki między trenerem, a tą kobietą jednak doszło i podobno są razem. 

Pół roku temu Mai wpadła na „genialny” pomysł pójścia na imprezę tuż przed egzaminami w pierwszym semestrze. Dzień przed egzaminami wygrałyśmy mecz z naszym największym rywalem. Celebrowałyśmy w jakiejś dziwnej knajpce, co skończyło się pisaniem egzaminów w drugim terminie, bo byłyśmy tak pijane, że nie dopuścili nas do egzaminów. 

W dniu urodzin Kiry, Mai upiła ją do nieprzytomności i zrobiła jej tatuaż z henny na lewym pośladku, o czym nie miałyśmy pojęcia. Biedna Kira przepłakała cały tydzień, a ja razem z nią, nie wiedząc, że tatuaż nie jest prawdziwy. Co jakiś czas każda z nas była ofiarą głupich pomysłów Mai.

Raz trafiło na mnie. I nie wspominam tego mile. Zamieniła mi buty i podczas meczu musiałam grać w za małych o dwa rozmiary butach koleżanki. Potem przez cały dzień chodziłam jak kaczka. Roześmiałam się cicho na samą myśl jak głupio musiałam wtedy wyglądać. Zakręciłam kurek i owinęłam się ręcznikiem, odgarniając mokre włosy. Ktoś zapukał do kabiny prysznicowej.

-Lenka? - usłyszałam głos Mai.
-Jak to twój kolejny przypał, to spadaj. - zaśmiałam się.
-Nie... Ja tylko chciałam zapytać czy masz numer telefonu do Juna. - powiedziała cicho.
Zakrztusiłam się śliną. Chyba się przesłyszałam. Mai i Jun. Nie, nie, nie, nie... Powoli wyszłam z kabiny.
-Dlaczego o to pytasz? - próbowałam odwrócić kota ogonem.
-Ty jesteś ślepa czy tylko udajesz? - pstryknęła mi palcami przed oczami. Nie lubiłam tego. - Jun robi maślane oczka do naszej Kiry. Trzeba go kopnąć w tyłek, żeby w końcu odważył się do niej zagadać.
Odetchnęłam z ulgą, co nie uszło uwadze Mai.
-Chyba nie myślałaś, że ten cielak mi się podoba? - posłała mi pobłażliwe spojrzenie.
-On nie jest żadnym cielakiem. Po prostu jest nieśmiały. - broniłam przyjaciela. - Słuchaj, on nie chce, żebyśmy się w to wtrącały. Obiecałam mu to. Nie wtrącaj się w to i nie rób im żadnych swatek, proszę cię.
Nie była tym zachwycona, ale przytaknęła.

Gdy wszystkie się przebrałyśmy, pojechałyśmy z Kirą do domu. Większość dziewczyn mieszkała w akademiku oddalonym dziesięć minut piechotą od głównego budynku uczelni. Jak w każdym większym uniwersytecie, wydziały były porozmieszczane po całym mieście. Niektóre dojeżdżały na swój wydział autobusem. Z Kirą wynajmowałam mieszkanie na siódmym piętrze w dużym apartamentowcu. Na uczelnię jeździłyśmy moim autem. Kira panicznie bała się prowadzenia samochodu, nie chciała nawet słyszeć o wyrobieniu prawa jazdy i gdy zaczynała zajęcia wcześniej ode mnie, wsiadała w autobus. Nie miałyśmy daleko, ale wolałyśmy wynająć przestronne mieszkanie niż gnieść się w akademiku.

Gdy tylko dotarłyśmy do domu od razu poszłam spać. Byłam wykończona treningiem, projektem i całym dniem na uczelni.  

_________________________________________________________________________________
Przepraszam, że długo mi zeszło, ale jestem na urlopie :)
Do zobaczenia na meczu siatkarzy w Krakowie. Jak zobaczycie rudzielca w telewizji to mogę to być ja. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Três

Marzec.
Uniwersytet Tokijski.
Tokio, Japonia.

Przewracałam nerwowo strony podręcznika, starając się skupić. Od pół godziny próbowałam obliczyć tą samą formułkę, ale wynik ciągle się nie zgadzał. Kira uśmiechała się dziko do swojego laptopa, stukając zawzięcie w klawiaturę. Posłała mi zadowolone spojrzenie.

Siedziałyśmy w uczelnianej bibliotece. Choć studiowałyśmy zupełnie inne kierunki, tego dnia kończyłyśmy wykłady o tej samej porze. Nie opłacało nam się wracać do naszego mieszkania, bo za godzinę miałyśmy trening. Skorzystałam z wolnej godziny i próbowałam zaszyć się w bibliotece, dokańczając ostatni w tym semestrze projekt.

-Co tam tak liczysz? - zapytała, kopiąc mnie delikatnie w kostkę pod stołem w celu zwrócenia na siebie uwagi.
-Takie tam... Teoria regulacji. Nie znasz się. - przewróciłam kolejną stronę podręcznika, ale widząc długie zadania, westchnęłam zniechęcona.
-A o czym to jest?
-Cybernetyka teoretyczna, to z matematyki stosowanej. - odpowiedziałam wolno, widząc jak marszczy czoło, zapewne nic nie rozumiejąc.
-A, to nie lubię... - mruknęła, potrząsając głową.
-Nie nie lubisz, tylko nie znasz. - zaśmiałam się.
-Wolę konferencje prasowe. Pamiętasz, jak wspominałam ci o konferencji prasowej w lidze siatkarskiej? - klasnęła zabawnie w dłonie, przyglądając mi się uważnie.
Przygryzłam dolną wargę, próbując wybrnąć z sytuacji.
-Coś wspominałaś...
-Lena! No, trzy godziny ci o tym opowiadałam! Nie słuchałaś? - jęknęła żałośnie, rozkładając ręce.

Posłałam jej przepraszające spojrzenie. Kira od kilku dni paplała coś o jakiejś konferencji. Zawsze starałam się jej słuchać i wspierać, jak tylko mogłam. Ale do jutra musiałam oddać projekt z teorii regulacji, którego jeszcze nie skończyłam. 
Wmawiałam sobie, że to wszystko przez wzmożone treningi i pracę. Treningi miałyśmy bardziej intensywne, ale to tylko dlatego, że już w maju grałyśmy o mistrzostwo Tokio w lidze uniwersyteckiej piłki ręcznej kobiet. 
Projekt mogłam skończyć wcześniej, ale wmawiałam sobie, że mam jeszcze czas. Czasu nie miałam, musiałam go oddać już jutro rano. Zapowiada się nieprzespana noc. Kolejna w tym tygodniu. Wzdrygnęłam się na samą myśl. Nie spałam dobrze w tym tygodniu. Zawalałam noce, próbując dokończyć wiecznie odkładany „na później” projekt, przez co chodziłam rozkojarzona i poirytowana.

-Słuchasz ty mnie?! - oberwałam książką po głowie i pisnęłam, przez co natychmiast zostałam uciszona przez kujonów ze stolika obok, którzy posłali nam pogardliwe spojrzenia.
-Kira, ja naprawdę muszę skończyć dzisiaj ten projekt.
Przyjaciółka przewróciła oczami, wracając do stukania na laptopie.
-Przepraszam cię, ale to naprawdę jest dla mnie ważne. Od tego projektu zależy moje życie.
-Dobra, powiem ci potem. - ucięła rozmowę.

Spojrzałam na nią niepewnie, upewniając się, że nie jest zła. Nie była. Mrugnęła do mnie radośnie, a ja wróciłam do żmudnego projektu.


***

Po godzinie w bibliotece udało mi się dokończyć projekt. Nie wiem jakim cudem, ale się udało. Do sportowej części uniwersytetu prawie, że biegłyśmy. Nie chciałyśmy się spóźnić na trening. W szatni przywitałyśmy się z dziewczynami z drużyny, przebrałyśmy się w treningowe stroje i udałyśmy się na salę gimnastyczną.

Na sali gimnastycznej, na trybunach siedziało na oko pięćdziesiąt osób. Sami faceci. Byłyśmy do tego przyzwyczajone. Same często chadzałyśmy na treningi koszykarskiej drużyny na uczelni, żeby przyglądać się jak grają. Tak z ciekawości. W trzecim rzędzie zauważyłam Juna. Wiedziałam, że przychodzi na treningi tylko po to, żeby się przyglądać mojej przyjaciółce. Pomachałam do niego. Kiwnął głową, pokazując, że trzyma kciuki. Kciuki przed czym?

-To ci faceci z konferencji. - powiedziała mi na ucho Kira.
-Jakiej konferencji? - zdziwiłam się.
-Magdaleno Winiarska... Od kilku dni próbuję ci wytłumaczyć, że telewizja sportowa, w której mam staż zabrała mnie na konferencję prasową siatkarskiej ligi. To było w Osace, przed twoimi urodzinami. Za dwa miesiące odbędzie się mecz charytatywny między siatkarzami, a studentami, który trenują siatkę na uniwerkach.
-Ale my trenujemy piłkę ręczną.
-Mieli wpaść na trening siatkarski naszej uczelnianej drużyny i wybrać dwóch najlepszych zawodników. Wybierają dwóch z każdego uniwersytetu w Tokio i potem połączą ich w drużynę siatkarską. I na tym charytatywnym meczu będą grać z tymi studentami. Rozumiesz? - upewniła się, a ja kiwałam głową, próbując ułożyć to wszystko w jedną całość. - No, ale ich manager nie przeczytał maila, że trening odwołano. A jak już tutaj są, to postanowili, że wpadną na trening piłki ręcznej. To są Pantery z Osaki. - kiwnęła głową w stronę dużej grupy facetów.
-Pantery? - parsknęłam śmiechem.

Miałam zaraźliwy śmiech, więc dziewczyny z drużyny też się zaśmiały. „Pantery” siedziały na tyłach trybun w niebieskich strojach. Sami faceci. Wyglądali na trochę zmęczonych. Żaden z nich się do siebie nie odzywał, po prostu nam się przyglądali.

-Wiesz, właściwie to wyglądają jak smerfy, a nie pantery. Pantery nie są niebieskie.
Kira mi już nie odpowiedziała, bo trener zaczął rozgrzewkę. Po kilku minutach zaczęłyśmy rozgrzewać się w parach. Dołączyła do mnie Kira.
-To co robią te twoje pantery? - zaśmiałam się cicho.
-No, grają w siatkówkę. - odparła, wzruszając ramionami i spojrzała dyskretnie w stronę trybun. - Wiesz, właściwie to są tutaj wszyscy. Pamiętam ich, bo udało mi się zadać im kilka pytań na konferencji w grudniu. Nie, czekaj... - zaczęła liczyć na palcach, udając skupioną. - Nie ma jednego. Takiego białego, z Ameryki Południowej. A szkoda, bo był miły. Ponoć ma jakieś zabiegi i nie zdążył wpaść.
-A jak się nazywał? - posłałam jej buntownicze spojrzenie, próbując się nie roześmiać.

I trafiłam w czuły punkt. Kira miała niesamowitą pamięć do twarzy, co nie przykładało się do pamięci do imion i nazwisk. Potrafiła umawiać się z facetami, nie pamiętając jak mieli na imię. Mojego nazwiska uczyła się siedem miesięcy. Tak, właśnie tak! Siedem. I to nie pisowni, ale samej wymowy.

-Lipku Frontelesa. - wydukała żałośnie. - Czy tam Lipka... Lipek Fronesa... Nie pamiętam jak on miał na imię. Nazwałam go sobie „Frontek”, żeby nie pomylić go z kimś innym. - tłumaczyła zawzięcie, czerwieniąc się i machając rękoma na wszystkie strony.

Frontek! Nazwała kogoś "Frontek". Wybuchnęłam głośnym śmiechem. Nie mogłam się uspokoić. Z oczu poleciały mi łzy. Popłakałam się ze śmiechu, a że miałam naprawdę zaraźliwy śmiech, razem ze mną śmiała się reszta drużyny i trener. Zauważyłam, że faceci na trybunach również pokładali się ze śmiechu, jeden z nich aż spadł z krzesła.

-Kira, uwielbiam cię. - śmiałam się, ocierając łzy.

Uderzyła mnie pięścią w ramię i naburmuszona wróciła do treningu.

_________________________________________________________________________________
Warszawa nocą jest przepiękna :).
Nie bierzcie tego opowiadania na serio. Wszystko to jest wymyślone i pisanie dla żartu.
Nie wiem kiedy pojawi się nowy rozdział, jestem w trakcie pisania. Postaram się opublikować po dojeździe do Szklarskiej Poręby.
Jest tak gorąco, że nie mogę spać.

Dois

Do posłuchania: Of Monsters and Men – Yellow Light.

Szóstego grudnia.
Osaka, Japonia.

-Solenizantko, wysiadaj! - wrzasnął mi do ucha Jun.
Przeciągnęłam się na tylnym siedzeniu. Przespałam całą drogę. Przetarłam oczy pięściami, rozmazując przy tym tusz na rzęsach, który zdobił teraz moje dłonie.
-Lena! Byłaś pomalowana. Wyglądasz teraz jak panda! - śmiech Juna irytował mnie o tak wczesnej porze. - Solenizantko, wstawaj! Próbuję cię dobudzić od pięciu minut.

Jun patrzył na mnie tym swoim wzrokiem, który mówił „jesteś żałosna”. Stęknęłam niezadowolona i przeciągnęłam się ponownie. Pamiętam jedynie, że w Tokio wsiedliśmy do pociągu i dojechaliśmy w godzinę do Nagoyi. Stamtąd pochodził Jun. Zostaliśmy na noc w domu jego rodziców. A z samego rana, zostałam brutalnie obudzona przez tego wariata, który kazał mi wziąć szybki prysznic, zjeść porządne śniadanie i ciągle powtarzał, że zabierze mnie w jakieś magiczne miejsce. Myślałam, że zwariował wtedy kompletnie, ale spełniłam jego prośbę. Zaraz po śniadaniu, które przygotowała nam jego matka, wpakował mnie na tylne siedzenie samochodu, który pożyczył od ojca i ruszył przed siebie, ignorując moje pytania. Zasnęłam wtedy, znudzona tą podróżą.

Wyjrzałam przez okno. Zaśnieżone miasto i nieprzestający padać śnieg nie zachęcały do wyjścia na zewnątrz. Ulice były puste. Kawiarenki i restauracje wyglądały na zamknięte. Chyba było bardzo wcześnie.
-Dlaczego budzisz mnie o tak nieludzkiej porze? I gdzie my w ogóle jesteśmy? - dopytywałam się, próbując pozbyć się rozmazanego makijażu chusteczkami dla dzieci, które znalazłam w schowku.
-W Osace. - odpowiedział zadowolony, pusząc się przy tym dziwacznie. Gdy się tak puszył, wyglądał jak kurczak na sterydach.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Gdzie?
-W Osace. Jechaliśmy tylko godzinę, a ty zasnęłaś. Osaka to takie miasto. Powstało w...
-Wiem co to Osaka! - przerwałam mu zirytowana. - Ale dlaczego tutaj?
Uśmiechnął się podejrzanie, podając mi małe lusterko.
-Popraw ten makijaż, a ja idę zapłacić za parking. Zaraz wracam. - wyszedł z samochodu, specjalnie nie zamykając drzwi.
Zimno buchnęło do środka. Od razu założyłam na siebie zimowy płaszcz. Musiałam go ściągnąć, gdy spałam. Zmyłam resztę makijażu, ale byłam zbyt leniwa, żeby nakładać go od nowa. Pomalowałam jednak delikatnie rzęsy. Byłam naturalną blondynką, natura obdarowała mnie też jasnymi rzęsami, przez co nie rozstawałam się z czarnym tuszem.
Otworzyłam drzwi i powoli wyszłam z samochodu. Poślizgnęłam się na lodzie i upadłam, obijając sobie przy tym tyłek. Jęknęłam żałośnie, nie mogąc się podnieść.
Jun parsknął głośnym śmiechem.
-Ty zawsze coś sobie zrobisz, niezdaro. - śmiał się, pomagając mi wstać.
Otrzepałam się ze śniegu.
-Zobacz, jakie fajne bileciki parkingowe tutaj mają. - przystawił mi pod nos kawałek różowego papieru z Hello Kitty.
-Tak, interesujące. - warknęłam, odpychając do od siebie.

Jun był dziwny. Może właśnie dlatego został moim bliskim przyjacielem. Wstawał o nieludzkich porach, zazwyczaj o piątej rano. Uprawiał poranny jogging o szóstej trzydzieści. Zbierał też karty z postaciami z bajek, a każda z nich warta była więcej niż mój samochód. Jego pokój w akademiku zdobiły plakaty filmowców starych, japońskich bajek. W szczególności tych sprzed drugiej wojny światowej. Studiował jakiś filmoznawczy kierunek, którego nazwy nie potrafiłam poprawnie wymówić, grał w uczelnianym teatrze, a mimo wszystko był introwertykiem. Przez pierwsze trzy miesiące naszej znajomości, gdy dopiero budowaliśmy naszą przyjaźń, myślałam, że jest gejem. Myliłam się jednak. Jun od trzech lat wzdychał do Kiry. Kira studiowała na tym samym uniwersytecie, co my. Była kapitanem uczelnianej drużyny piłki ręcznej kobiet, w której również grałam. Zaprzyjaźniłyśmy się szybko, bo miałyśmy podobny gust muzyczny i chodziłyśmy razem na koncerty. Kira była zupełnym przeciwieństwem mojego przyjaciela. Bardzo dojrzała, studiowała dziennikarstwo, robiła staż w jakiejś sportowej stacji i poza uczelnią i treningami piłki ręcznej, czasem ciężko było mi ją złapać, bo zdawała się gnać przez życie.
Zachowałam jednak sekret Juna i nigdy nie pisnęłam ani słowa. Próbowałam go przekonać, żeby się tak nie wstydził, ale nie lubił tego tematu i prosił, żebym nigdy o tym już nie wspominała. Od roku nie rozmawialiśmy o jego zauroczeniu moją przyjaciółką.

-Ależ tu pięknie. Śnieg tak fajnie prószy. Muszę zrobić zdjęcia... - Paplał radośnie, wyjmując z plecaka aparat fotograficzny.

Fotografia, zaraz po starych filmach i bajkach, była jego wielką pasją. Czasem stawałam się ofiarą jego dziwnych fotograficznych projektów. Robił mi ciągle zdjęcia i nigdy nie pozwalał mi ich zobaczyć. Prawie w ogóle nie rozstawał się ze swoim aparatem. Był jak dziecko. I właśnie za to go uwielbiałam. Irytował mnie często, to prawda, ale Jun był naprawdę wyjątkowym człowiekiem. Potrafił w każdym momencie wycisnąć z życia jak najwięcej, w każdej osobie znajdywał coś intrygującego.

-Będziesz tak stać cały dzień? - zapytał mnie, ślizgając się lodzie, niczym Plushenko.
Wykonał dziwny obrót na jednej nodze, zamykając przy tym samochód.
Odgarnęłam długie włosy, pytając go gdzie idziemy. Wskazał na kawiarenkę z zielonym banerem, która wyglądała na zamkniętą. Nie widziałam która była godzina, ale ta dzielnica wydawała się spać. Był długi weekend, chyba wszyscy wyjechali poza miasto.
Rozłożyłam ramiona i wolno stawiałam kroki, próbując nie zabić się na śliskiej ulicy. Wyglądałam pewnie jak ofiara losu.
Jun ruszył biegiem do kawiarenki i otworzył jej drzwi na oścież.
-Zapraszam panią. - ukłonił się, przepuszczając mnie.

Otworzyłam usta ze zdziwienia. Wnętrze kawiarni zdobiły moje zdjęcia. Musiały być autorstwem Juna. Jedną ścianę pokrywała fototapeta. Portret. Uśmiechnięta blondynka, wpatrująca się w niebo. Nie wiedziałam, że mogę być tak fotogeniczna. Drugą ścianę pokrywały setki małych fotografii, na których byłam sama bądź z przyjaciółmi. Nie było w tym jednak przepychu. Wyglądało to świetnie.
-Wszystkiego najlepszego. Mówiłem ci, że będziesz się fanie bawić. - przyjaciel objął mnie ramieniem. - Możecie już wyjść! - krzyknął, przez co prawie ogłuchłam.
Zza wysokiej lady pojawili się moi znajomi. Kira w długiej, niebieskiej sukience trzymała tort.
-Szóstego grudnia. Chyba nie myślałam, że olejemy twoje urodziny?
-Wszystkiego najlepszego!
Zdmuchnęłam świeczki. Miałam dwadzieścia lat i czułam, że dopiero od teraz zaczynam naprawdę cieszyć się życiem.




poniedziałek, 16 czerwca 2014

Bełkot autorki

Przepraszam, że tak długo mi zeszło, ale aktualnie próbuję nacieszyć się Polską. Jestem dopiero trzeci dzień w Polsce, byłam wczoraj na meczu naszych siatkarzy. I jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tutejszych upałów. Ciągle powtarzam „przepraszam” gdy wymijam kogoś na ulicy i ludzie dziwnie na mnie patrzą :). Pochłaniam hektolitry wody mineralnej i zaraz opuszczam Łódź. Przede mną kilkugodzinna jazda samochodem do Warszawy. A potem z powrotem z Warszawy do Szklarskiej Poręby.
Polskie jedzenie to poezja sama w sobie :)
Tęskniłam za polskimi roladkami. Umiem je gotować, ale te w Polsce, z polskich produktów są najlepsze.

To opowiadanie będzie typowym romantycznym bełkotem. Pojawi się w nim reprezentacja Brazylii i Polski. Będzie trochę o Japonii, Polsce, Turcji i Brazylii. Nigdy w życiu nie byłam w Turcji, Japonii ani Brazylii. Nie wiem czy uda mi się te kraje dobrze opisać. Jak zobaczycie coś dziwnego w opisach tych krajów, nie traktujcie tego poważnie. Europę opuściłam tylko raz i to dla Australii i Nowej Zelandii. Nie byłam w żadnych krajach azjatyckich ani południowoamerykańskich. W każdym razie proszę, bądźcie wyrozumiali, bo naprawdę nie umiem opisywać krajów, w których nie byłam. W opisie Brazylii, Japonii i Turcji będzie mi pomagał internet. Jak znajdziecie w moich opisach kompletne bzdury, poprawcie mnie w komentarzach.

Bohaterem będzie Fonteles. Nie wiem kiedy dokładnie uda mi się ich razem „połączyć”, zależy to od częstotliwości pojawiania się rozdziałów. Rozdziały będą pojawiały się o najdziwniejszych porach dnia i nocy, bo pracuję w niewymiarowych godzinach i uprawiam „wolny zawód”.

Ostrzegam od razu: Magdalena nie prześpi się z żadnym innym siatkarzem. Nigdy przenigdy! Nie będzie żadnych romansów z innymi siatkarzami. Fonteles i tylko Fonteles. :)

I taka ciekawostka: Moja ciocia pracowała we Włoszech. W jakimś mały miasteczku blisko Modeny. To było lata temu. Wyszła za Włocha i przeprowadziła się z nim do jego kraju. Aktualnie mieszkają w UK. Pojechałam do niej na wakacje, do Włoch. Zabrała mnie wtedy na mecz Modeny. Nie wiedziałam co to jest Modena, nie lubiłam siatkówki. Byłam wielkim kibicem piłki ręcznej i to był jedyny słuszny sport. Do dziś lubię tylko piłkę ręczną i siatkówkę. Wszystko inne jest nieciekawe.

Na meczu w Modenie czułam się dziwnie. Wszyscy krzyczeli po włosku, ciocia i jej mąż kibicowali drużynie z Modeny, a ja nudziłam się jak mops. Do czasu kiedy... Zobaczyłam tam Fontelesa. Zamiast oglądać mecz, przyglądałam się Felipe. Wszedł w drugim secie, a wtedy wpadłam już kompletnie. To był rok 2005, bodajże listopad albo grudzień. Grał tam wtedy polski siatkarz, Dawid Murek :) 
Ale Fonteles zawrócił mi w głowie od 2005 roku, miałam wtedy piętnaście lat. Zbierałam kiedyś wszelakie informacje na jego temat, które pojawiły się w internecie. Drukowałam je i miałam pokaźnych rozmiarów segregator., który ukrywałam pod łóżkiem. Potem stwierdziłam, że jestem głupia i zniszczyłam całą kolekcję :).
A taki piękny segregator był. 
Potem Fonteles zniknął z Modeny. Nie miałam dostępu do japońskiej telewizji, nie wiedziałam jak się ogląda japońskie. mecze. Nie umiałam znaleźć żadnych informacji na jego temat. Nie wiedziałam co się z nim dzieje w tej Japonii. 
Brakowało mi trochę siatkówki i tak oto odkryłam Plus Ligę. I tak sobie oglądam Plus Ligę od czasu kiedy Fonteles wyjechał do Japonii, a potem do Brazylii. Brazylijskiej telewizji nie mam i też nie wiedziałam co się dzieje w brazylijskiej lidze z Fontelesem. Dopiero gdy Lipe zawitał w polskie progi, moja "obsesja" na jego punkcie odżyła. Segregatorów już nie kolekcjonuję, chyba z tego wyrosłam. 

Nowy rozdział pojawi się jutro. Nie wiem dokładnie o jakiej porze, ale jutro na sto procent. 

To do jutra :).














środa, 11 czerwca 2014

Um

Pisałam to w stanie bardzo nietrzeźwym, tak więc proszę się nie śmiać. 
Za wszelkie błędy z góry przepraszam, wybaczcie. Nie mieszkam w Polsce od piętnastu lat :). Jak zobaczycie jakieś byki, błagam, poprawcie mnie od razu w komentarzach. 
Pozdrawiam :*.


1: UM


San Juan, Portoryko.

Wczesnym wieczorem spacerowała z rodzicami, wymijając natrętnych turystów. Pojawiali się tutaj zawsze między listopadem, a styczniem. Plaże wydawały się wtedy przepełnione, a jej rodzice stawali się aż nadto opiekuńczy i prawie w ogóle nie spuszczali jej z oka. Stare miasto zalane było słońcem. Kolorowe budynki tętniły historią. Zapach pastelonu, tutejszej potrawy, wydobywający się z otwartych okien już zawsze przypominał jej dzieciństwo. San Juan to miasto, do którego często wracała w dorosłym życiu. To tu stawiała swoje pierwsze kroki. Portoryko było bliskie jej sercu, tam się wychowała. 

Jej ojciec był historykiem, geografem i archeologiem. Nie widziała w tym nic ciekawego. Każdy jego dzień wyglądał tak samo. Całe dnie spędzał w tutejszym porcie, pisząc dokumenty, szlajał się dżunglach albo grzebał w ziemi na stacjach archeologicznych w Ameryce Centralnej. Zachwycały go stare budynki i zawsze zaciągał całą rodzinę na „archeologiczne wycieczki”, gdzie błąkali się po starych budowlach i ruinach, nudząc się niemiłosiernie. Uwielbiała za to, gdy zabierał ich w góry albo wycieczki po świecie. Jej ojciec był też ekscentrykiem, który łatwo zawierał znajomości, ale równie szybko je tracił ze względu na ciągłe wyjazdy. Wydawał książki dokumentalne o Ameryce Środkowej, które zostały dobrze przyjęte wśród geografów i historyków. W planach miał też przeprowadzkę do Nowego Jorku, co nie bardzo jej się podobało. Była blisko z ojcem. Znosiła jego delegacje, wyjazdy i długie nieobecności, gdy pracował w różnych krajach, ale nie wyobrażała sobie, żeby mieszkał tak daleko na stałe.

Matka wywodziła się z Islandii i była artystką. I to piekielnie dobrą. Krytycy zachwycali się jej obrazami, a jej wystawy przyciągały tłumy. Najlepsze obrazy zdobiły wnętrza oper, wielkich galerii i drogich hoteli. Gdy nie malowała, wykładała malarstwo na uniwersytecie. Zawsze zarażała ludzi radością, ciepłem i pozytywnym podejściem do życia. Jej matka nie lubiła też wychodzić na zewnątrz, zamykała się w sypialni, malując. Odcinała się od ludzi i choć była bardzo ciepłą i pozytywną osobą, spędzała czas samotnie. W czterech ścianach, odcięta od świata, walczyła z depresją, o której nikt, oprócz rodziny, nie wiedział. Magdalenę bardzo to denerwowało. Zawsze marzyła o długich rozmowach z matką, robieniem razem zakupów i spędzaniem wspólnego czasu. Za każdym razem, gdy chciała z nią porozmawiać, matka zatrzaskiwała jej przed nosem drzwi. Wszystkie jej koleżanki miały świetne kontakty z matkami, czego Magdalena piekielnie im zazdrościła. Koleżanki ojca, również archeolodzy, były jej bliższe niż własna matka. 

***

Gdy miała dwanaście lat, wróciła z ojcem do Polski. Matka go zdradziła, wyjeżdżając do Kanady z nowym kochankiem. Zostawiła po sobie papiery rozwodowe i siedem niedokończonych obrazów. Ojciec w furii zniszczył je wszystkie płacząc. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy widziała swojego ojca w takim stanie. Nie mógł się po tym wszystkim pozbierać. Zostawiła ich samych sobie, tak ot. Nigdy więcej się do nich nie odezwała. Magdalena słała wizytówki do Calgary w nadziei, że matka pewnego dnia odpisze albo do niej zadzwoni. Nic takiego nie nastąpiło. Ojciec nie mógł zostać w San Juan. Wszystko wokół przypominało mu jej matkę.

Nie mogła przyzwyczaić się do życia w Polsce. Wszystko było inne. Mieszkańcy Warszawy wydawali się biec przez życie, jakby brali udział w jakimś wyścigu. Jej rodziciel nadal pracował jako geograf i archeolog, co wiązało się z jego częstymi wyjazdami. Dlatego większość czasu spędzała z dziadkami. Ojciec z wyjazdu do Kenii niestety już nie wrócił. Zginął podczas jakiegoś protestu. Przez lokalne protesty, terrory i burdy, ciała nigdy nie odnaleziono. 


***

Gdy tylko skończyła liceum, wiedziała, że musi wyjechać. Złożyła aplikację na kilka zagranicznych uczelni i padło jednak na Uniwersytet Tokijski. Japonia... Nie o tym marzyła, ale postawiła spróbować...



______________________________
Ciąg dalszy nastąpi :). 







 
Copyright © Waleczne serca | Theme by BloggerThemes & frostpress | Sponsored by BB Blogging