wtorek, 17 czerwca 2014
Dois
Do posłuchania: Of Monsters and Men –
Yellow Light.
Szóstego grudnia.
Osaka, Japonia.
-Solenizantko, wysiadaj! - wrzasnął
mi do ucha Jun.
Przeciągnęłam się na tylnym
siedzeniu. Przespałam całą drogę. Przetarłam oczy pięściami,
rozmazując przy tym tusz na rzęsach, który zdobił teraz moje
dłonie.
-Lena! Byłaś pomalowana. Wyglądasz
teraz jak panda! - śmiech Juna irytował mnie o tak wczesnej porze.
- Solenizantko, wstawaj! Próbuję cię dobudzić od pięciu minut.
Jun patrzył na mnie tym swoim
wzrokiem, który mówił „jesteś żałosna”. Stęknęłam
niezadowolona i przeciągnęłam się ponownie. Pamiętam jedynie, że
w Tokio wsiedliśmy do pociągu i dojechaliśmy w godzinę do Nagoyi.
Stamtąd pochodził Jun. Zostaliśmy na noc w domu jego rodziców. A
z samego rana, zostałam brutalnie obudzona przez tego wariata, który
kazał mi wziąć szybki prysznic, zjeść porządne śniadanie i
ciągle powtarzał, że zabierze mnie w jakieś magiczne miejsce.
Myślałam, że zwariował wtedy kompletnie, ale spełniłam jego
prośbę. Zaraz po śniadaniu, które przygotowała nam jego matka,
wpakował mnie na tylne siedzenie samochodu, który pożyczył od
ojca i ruszył przed siebie, ignorując moje pytania. Zasnęłam
wtedy, znudzona tą podróżą.
Wyjrzałam przez okno. Zaśnieżone
miasto i nieprzestający padać śnieg nie zachęcały do wyjścia na
zewnątrz. Ulice były puste. Kawiarenki i restauracje wyglądały na
zamknięte. Chyba było bardzo wcześnie.
-Dlaczego budzisz mnie o tak
nieludzkiej porze? I gdzie my w ogóle jesteśmy? - dopytywałam się,
próbując pozbyć się rozmazanego makijażu chusteczkami dla
dzieci, które znalazłam w schowku.
-W Osace. - odpowiedział zadowolony,
pusząc się przy tym dziwacznie. Gdy się tak puszył, wyglądał
jak kurczak na sterydach.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Gdzie?
-W Osace. Jechaliśmy tylko godzinę, a
ty zasnęłaś. Osaka to takie miasto. Powstało w...
-Wiem co to Osaka! - przerwałam mu
zirytowana. - Ale dlaczego tutaj?
Uśmiechnął się podejrzanie, podając
mi małe lusterko.
-Popraw ten makijaż, a ja idę
zapłacić za parking. Zaraz wracam. - wyszedł z samochodu,
specjalnie nie zamykając drzwi.
Zimno buchnęło do środka. Od razu
założyłam na siebie zimowy płaszcz. Musiałam go ściągnąć,
gdy spałam. Zmyłam resztę makijażu, ale byłam zbyt leniwa, żeby
nakładać go od nowa. Pomalowałam jednak delikatnie rzęsy. Byłam
naturalną blondynką, natura obdarowała mnie też jasnymi rzęsami,
przez co nie rozstawałam się z czarnym tuszem.
Otworzyłam drzwi i powoli wyszłam z
samochodu. Poślizgnęłam się na lodzie i upadłam, obijając sobie
przy tym tyłek. Jęknęłam żałośnie, nie mogąc się podnieść.
Jun parsknął głośnym śmiechem.
-Ty zawsze coś sobie zrobisz,
niezdaro. - śmiał się, pomagając mi wstać.
Otrzepałam się ze śniegu.
-Zobacz, jakie fajne bileciki
parkingowe tutaj mają. - przystawił mi pod nos kawałek różowego
papieru z Hello Kitty.
-Tak, interesujące. - warknęłam,
odpychając do od siebie.
Jun był dziwny. Może właśnie
dlatego został moim bliskim przyjacielem. Wstawał o nieludzkich
porach, zazwyczaj o piątej rano. Uprawiał poranny jogging o szóstej
trzydzieści. Zbierał też karty z postaciami z bajek, a każda z
nich warta była więcej niż mój samochód. Jego pokój w akademiku
zdobiły plakaty filmowców starych, japońskich bajek. W
szczególności tych sprzed drugiej wojny światowej. Studiował
jakiś filmoznawczy kierunek, którego nazwy nie potrafiłam
poprawnie wymówić, grał w uczelnianym teatrze, a mimo wszystko był
introwertykiem. Przez pierwsze trzy miesiące naszej znajomości, gdy
dopiero budowaliśmy naszą przyjaźń, myślałam, że jest gejem.
Myliłam się jednak. Jun od trzech lat wzdychał do Kiry. Kira
studiowała na tym samym uniwersytecie, co my. Była kapitanem
uczelnianej drużyny piłki ręcznej kobiet, w której również
grałam. Zaprzyjaźniłyśmy się szybko, bo miałyśmy podobny gust
muzyczny i chodziłyśmy razem na koncerty. Kira była zupełnym
przeciwieństwem mojego przyjaciela. Bardzo dojrzała, studiowała
dziennikarstwo, robiła staż w jakiejś sportowej stacji i poza
uczelnią i treningami piłki ręcznej, czasem ciężko było mi ją
złapać, bo zdawała się gnać przez życie.
Zachowałam jednak sekret Juna i nigdy
nie pisnęłam ani słowa. Próbowałam go przekonać, żeby się tak
nie wstydził, ale nie lubił tego tematu i prosił, żebym nigdy o
tym już nie wspominała. Od roku nie rozmawialiśmy o jego
zauroczeniu moją przyjaciółką.
-Ależ tu pięknie. Śnieg tak fajnie
prószy. Muszę zrobić zdjęcia... - Paplał radośnie, wyjmując z
plecaka aparat fotograficzny.
Fotografia, zaraz po starych filmach i
bajkach, była jego wielką pasją. Czasem stawałam się ofiarą
jego dziwnych fotograficznych projektów. Robił mi ciągle zdjęcia
i nigdy nie pozwalał mi ich zobaczyć. Prawie w ogóle nie rozstawał
się ze swoim aparatem. Był jak dziecko. I właśnie za to go
uwielbiałam. Irytował mnie często, to prawda, ale Jun był
naprawdę wyjątkowym człowiekiem. Potrafił w każdym momencie
wycisnąć z życia jak najwięcej, w każdej osobie znajdywał coś
intrygującego.
-Będziesz tak stać cały dzień? -
zapytał mnie, ślizgając się lodzie, niczym Plushenko.
Wykonał dziwny obrót na jednej nodze,
zamykając przy tym samochód.
Odgarnęłam długie włosy, pytając
go gdzie idziemy. Wskazał na kawiarenkę z zielonym banerem, która
wyglądała na zamkniętą. Nie widziałam która była godzina, ale
ta dzielnica wydawała się spać. Był długi weekend, chyba wszyscy
wyjechali poza miasto.
Rozłożyłam ramiona i wolno stawiałam
kroki, próbując nie zabić się na śliskiej ulicy. Wyglądałam
pewnie jak ofiara losu.
Jun ruszył biegiem do kawiarenki i
otworzył jej drzwi na oścież.
-Zapraszam panią. - ukłonił się,
przepuszczając mnie.
Otworzyłam usta ze zdziwienia. Wnętrze
kawiarni zdobiły moje zdjęcia. Musiały być autorstwem Juna. Jedną
ścianę pokrywała fototapeta. Portret. Uśmiechnięta blondynka,
wpatrująca się w niebo. Nie wiedziałam, że mogę być tak
fotogeniczna. Drugą ścianę pokrywały setki małych fotografii, na
których byłam sama bądź z przyjaciółmi. Nie było w tym jednak
przepychu. Wyglądało to świetnie.
-Wszystkiego najlepszego. Mówiłem ci,
że będziesz się fanie bawić. - przyjaciel objął mnie ramieniem.
- Możecie już wyjść! - krzyknął, przez co prawie ogłuchłam.
Zza wysokiej lady pojawili się moi
znajomi. Kira w długiej, niebieskiej sukience trzymała tort.
-Szóstego grudnia. Chyba nie myślałam,
że olejemy twoje urodziny?
-Wszystkiego najlepszego!
Zdmuchnęłam świeczki. Miałam
dwadzieścia lat i czułam, że dopiero od teraz zaczynam naprawdę
cieszyć się życiem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz