Marzec.
Uniwersytet Tokijski.
Tokio, Japonia.
Przewracałam nerwowo strony
podręcznika, starając się skupić. Od pół godziny próbowałam
obliczyć tą samą formułkę, ale wynik ciągle się nie zgadzał.
Kira uśmiechała się dziko do swojego laptopa, stukając zawzięcie
w klawiaturę. Posłała mi zadowolone spojrzenie.
Siedziałyśmy w uczelnianej
bibliotece. Choć studiowałyśmy zupełnie inne kierunki, tego dnia
kończyłyśmy wykłady o tej samej porze. Nie opłacało nam się
wracać do naszego mieszkania, bo za godzinę miałyśmy trening.
Skorzystałam z wolnej godziny i próbowałam zaszyć się w
bibliotece, dokańczając ostatni w tym semestrze projekt.
-Co tam tak liczysz? - zapytała,
kopiąc mnie delikatnie w kostkę pod stołem w celu zwrócenia na
siebie uwagi.
-Takie tam... Teoria regulacji. Nie
znasz się. - przewróciłam kolejną stronę podręcznika, ale
widząc długie zadania, westchnęłam zniechęcona.
-A o czym to jest?
-Cybernetyka teoretyczna, to z
matematyki stosowanej. - odpowiedziałam wolno, widząc jak marszczy
czoło, zapewne nic nie rozumiejąc.
-A, to nie lubię... - mruknęła,
potrząsając głową.
-Nie nie lubisz, tylko nie znasz. -
zaśmiałam się.
-Wolę konferencje prasowe. Pamiętasz,
jak wspominałam ci o konferencji prasowej w lidze siatkarskiej? -
klasnęła zabawnie w dłonie, przyglądając mi się uważnie.
Przygryzłam dolną wargę, próbując
wybrnąć z sytuacji.
-Coś wspominałaś...
-Lena! No, trzy godziny ci o tym
opowiadałam! Nie słuchałaś? - jęknęła żałośnie, rozkładając
ręce.
Posłałam jej przepraszające
spojrzenie. Kira od kilku dni paplała coś o jakiejś konferencji.
Zawsze starałam się jej słuchać i wspierać, jak tylko mogłam.
Ale do jutra musiałam oddać projekt z teorii regulacji, którego
jeszcze nie skończyłam.
Wmawiałam sobie, że to wszystko przez
wzmożone treningi i pracę. Treningi miałyśmy bardziej intensywne,
ale to tylko dlatego, że już w maju grałyśmy o mistrzostwo Tokio
w lidze uniwersyteckiej piłki ręcznej kobiet.
Projekt mogłam
skończyć wcześniej, ale wmawiałam sobie, że mam jeszcze czas.
Czasu nie miałam, musiałam go oddać już jutro rano. Zapowiada się
nieprzespana noc. Kolejna w tym tygodniu. Wzdrygnęłam się na samą
myśl. Nie spałam dobrze w tym tygodniu. Zawalałam noce, próbując
dokończyć wiecznie odkładany „na później” projekt, przez co
chodziłam rozkojarzona i poirytowana.
-Słuchasz ty mnie?! - oberwałam
książką po głowie i pisnęłam, przez co natychmiast zostałam
uciszona przez kujonów ze stolika obok, którzy posłali nam
pogardliwe spojrzenia.
-Kira, ja naprawdę muszę skończyć
dzisiaj ten projekt.
Przyjaciółka przewróciła oczami,
wracając do stukania na laptopie.
-Przepraszam cię, ale to naprawdę
jest dla mnie ważne. Od tego projektu zależy moje życie.
-Dobra, powiem ci potem. - ucięła rozmowę.
Spojrzałam na nią niepewnie,
upewniając się, że nie jest zła. Nie była. Mrugnęła do mnie
radośnie, a ja wróciłam do żmudnego projektu.
***
Po godzinie w bibliotece udało mi się
dokończyć projekt. Nie wiem jakim cudem, ale się udało. Do
sportowej części uniwersytetu prawie, że biegłyśmy. Nie
chciałyśmy się spóźnić na trening. W szatni przywitałyśmy się
z dziewczynami z drużyny, przebrałyśmy się w treningowe stroje i
udałyśmy się na salę gimnastyczną.
Na sali gimnastycznej, na trybunach
siedziało na oko pięćdziesiąt osób. Sami faceci. Byłyśmy do
tego przyzwyczajone. Same często chadzałyśmy na treningi
koszykarskiej drużyny na uczelni, żeby przyglądać się jak grają. Tak z ciekawości. W trzecim rzędzie zauważyłam Juna. Wiedziałam, że przychodzi na treningi tylko po to, żeby się przyglądać mojej przyjaciółce. Pomachałam do niego. Kiwnął
głową, pokazując, że trzyma kciuki. Kciuki przed czym?
-To ci faceci z konferencji. -
powiedziała mi na ucho Kira.
-Jakiej konferencji? - zdziwiłam się.
-Magdaleno Winiarska... Od kilku dni
próbuję ci wytłumaczyć, że telewizja sportowa, w której mam
staż zabrała mnie na konferencję prasową siatkarskiej ligi. To
było w Osace, przed twoimi urodzinami. Za dwa miesiące odbędzie
się mecz charytatywny między siatkarzami, a studentami, który
trenują siatkę na uniwerkach.
-Ale my trenujemy piłkę ręczną.
-Mieli wpaść na trening siatkarski
naszej uczelnianej drużyny i wybrać dwóch najlepszych zawodników. Wybierają dwóch z każdego uniwersytetu w Tokio i potem połączą ich w drużynę siatkarską. I na tym charytatywnym meczu będą grać z tymi studentami. Rozumiesz? - upewniła się, a ja kiwałam głową, próbując ułożyć to wszystko w jedną całość. - No, ale ich manager nie przeczytał maila,
że trening odwołano. A jak już tutaj są, to postanowili, że
wpadną na trening piłki ręcznej. To są Pantery z Osaki. - kiwnęła
głową w stronę dużej grupy facetów.
-Pantery? - parsknęłam śmiechem.
Miałam zaraźliwy śmiech, więc
dziewczyny z drużyny też się zaśmiały. „Pantery” siedziały
na tyłach trybun w niebieskich strojach. Sami faceci. Wyglądali na
trochę zmęczonych. Żaden z nich się do siebie nie odzywał, po
prostu nam się przyglądali.
-Wiesz, właściwie to wyglądają jak
smerfy, a nie pantery. Pantery nie są niebieskie.
Kira mi już nie odpowiedziała, bo
trener zaczął rozgrzewkę. Po kilku minutach zaczęłyśmy
rozgrzewać się w parach. Dołączyła do mnie Kira.
-To co robią te twoje pantery? -
zaśmiałam się cicho.
-No, grają w siatkówkę. - odparła,
wzruszając ramionami i spojrzała dyskretnie w stronę trybun. -
Wiesz, właściwie to są tutaj wszyscy. Pamiętam ich, bo udało mi
się zadać im kilka pytań na konferencji w grudniu. Nie, czekaj... - zaczęła liczyć na palcach, udając skupioną. - Nie ma jednego. Takiego białego, z Ameryki Południowej. A szkoda,
bo był miły. Ponoć ma jakieś zabiegi i nie zdążył wpaść.
-A jak się nazywał? - posłałam jej
buntownicze spojrzenie, próbując się nie roześmiać.
I trafiłam
w czuły punkt. Kira miała niesamowitą pamięć do twarzy, co nie
przykładało się do pamięci do imion i nazwisk. Potrafiła umawiać
się z facetami, nie pamiętając jak mieli na imię. Mojego nazwiska
uczyła się siedem miesięcy. Tak, właśnie tak! Siedem. I to nie
pisowni, ale samej wymowy.
-Lipku Frontelesa. - wydukała
żałośnie. - Czy tam Lipka... Lipek Fronesa... Nie pamiętam jak on
miał na imię. Nazwałam go sobie „Frontek”, żeby nie pomylić
go z kimś innym. - tłumaczyła zawzięcie, czerwieniąc się i
machając rękoma na wszystkie strony.
Frontek! Nazwała kogoś "Frontek". Wybuchnęłam głośnym
śmiechem. Nie mogłam się uspokoić. Z oczu poleciały mi łzy.
Popłakałam się ze śmiechu, a że miałam naprawdę zaraźliwy
śmiech, razem ze mną śmiała się reszta drużyny i trener.
Zauważyłam, że faceci na trybunach również pokładali się ze
śmiechu, jeden z nich aż spadł z krzesła.
-Kira, uwielbiam cię. - śmiałam się,
ocierając łzy.
Uderzyła mnie pięścią w ramię i
naburmuszona wróciła do treningu.
_________________________________________________________________________________
Warszawa nocą jest przepiękna :).
Nie bierzcie tego opowiadania na serio. Wszystko to jest wymyślone i pisanie dla żartu.
Nie wiem kiedy pojawi się nowy rozdział, jestem w trakcie pisania. Postaram się opublikować po dojeździe do Szklarskiej Poręby.
Jest tak gorąco, że nie mogę spać.
1 komentarze:
Czekam na rozwój wydarzeń z niecierpliwością. Mogłabyś mnie informować o nowych rozdziałach?
U mnie na www.siatkarskie-miniaturki.bloog.pl pojawiło się coś na kształt rozważań filozoficznych z Kubą Jaroszem w roli głównej.
Zapraszam
Vea
Prześlij komentarz